
„Chciałbym wierzyć, że nie zabiorą ze sobą tej pięknej Vesli, królowej amazonek, do Hiszpanii. Ani jej, ani jej dziecka nie wolno narażać na niebezpieczeństwo”.
W oczach don Galinda pojawiła się czujność.
„Pokładać nadzieję tylko w jednym dziecku? Czy nie powinniśmy zapewnić sobie więcej dziedziców?”
Na takie stwierdzenie natychmiast zareagował don Sebastian, przodek Unni:
„Młoda Unni jest zbyt cenna dla naszych poszukiwań, aby powstrzymywały ją tego rodzaju kobiece troski, jakie wiążą się z oczekiwaniem dziecka”.
„Nie zgadzam się – zaprotestował czym prędzej don Ramiro. – Don Galindo ma rację. Powinniśmy dać jej i najsilniejszemu jeszcze jedno pół godziny. Za pierwszym razem musieli poświęcić ten czas na ratowanie jego życia”.
„No tak, bo on przecież nie może odzyskać pełni swego ziemskiego istnienia – zgodził się don Federico. – Musi pozostać w naszym świecie, by móc ujarzmić złe istoty, które po nim krążą, tak samo jak te we współczesnym świecie. Dobrze! Dajmy mu jeszcze raz pół godziny!”
„Kiedy?” – spytał don Ramiro.
„Gdy nadejdzie na to czas”.
Posłali gromadce skupionej przy ogrodowym stole ostatnie spojrzenie, po czym zawrócili i odjechali w swoją stronę.
– Przyznajcie to wreszcie – westchnął zniecierpliwiony Morten. – Utknęliśmy!
– Wcale nie! – zaprotestowała urażona Unni. – Przecież odkryliśmy tak wiele!
– Ale to nie wystarczy – stwierdził Antonio. – Nie wystarczy, żeby jechać do Hiszpanii. Nie możemy szukać po omacku i liczyć na łut szczęścia, musimy dowiedzieć się czegoś bardziej konkretnego. A poza tym wydaje mi się, że moje kolano nie wydobrzeje w ciągu tygodnia, tak jak mówiliście.
– Ja też tak sądzę – zgodził się z nim Jordi. – Ale obejrzyjmy sobie teraz księgę tej Estelli!
Zgromadzili się w cieniu dużego liściastego drzewa, skupieni wokół Antonia, który siedział z nogą opartą na stołku, i Unni, trzymającej w ręku papiery.
