
Jordi obserwował dziewczynę, a jego wzrok stawał się coraz bardziej zamglony. Tak strasznie jej pragnął, że aż mąciło mu się od tego w głowie. Przez tyle lat mógł widywać ją jedynie z daleka, potem spotkali się naprawdę i okazało się, że ona również marzyła o tym, by go jeszcze kiedyś zobaczyć. Byli sobie tak bardzo bliscy, a nie mogli do siebie dotrzeć.
Jordi nic nie wiedział, że rycerze postanowili podarować im kolejną szansę, kolejne pół godziny spędzone w tym samym wymiarze. Jordi miał na chwilę stać się człowiekiem, nie zdawał sobie jednak sprawy, że to nastąpi, i serce mu krwawiło. Czas, jaki dzielił go od dnia trzydziestych urodzin, stale się skracał. Jordi pragnął działać, chciał już w końcu rozwiązać tę przeklętą zagadkę, pozostali jednak mieli rację: wciąż wiedzieli zbyt mało, a wałęsanie się po północnych rejonach Hiszpanii i szukanie igły w stogu siana nie miało sensu.
Ach, Unni, Unni, kiedyż wreszcie będę mógł okazać ci swoją miłość? Obserwował profil dziewczyny, podczas gdy Unni układała swoje przepisane na maszynie kartki. Sprawiała wrażenie dość wzburzonej, co Jordi zresztą świetnie rozumiał. Sam przecież czytał te osławione już memuary.
– Muszę przyznać, że naprawdę świetnie sobie poradziłaś z odczytaniem tych starych hiszpańskich zapisków, Unni – powiedział Pedro.
– Och, nie, prawdę mówiąc, to dzieło Jordiego – roześmiała się zakłopotana dziewczyna. – On tłumaczył, a ja tylko notowałam przetłumaczone już zapiski Estelli.
– Czy po hiszpańsku to imię nie brzmi „Estrella”? – spytała Gudrun.
– Owszem – wyjaśniła Unni. – Lecz z tych zapisków wynika, że ona jako dziecko mówiła o sobie „Estella” i później również tak ją nazywano.
– Moją uwagę zwróciło inne imię – powiedziała Vesla. – Emile.
Czy nie jest to imię francuskie?
– No tak, po hiszpańsku powinno raczej brzmieć „Emilio”, ale Nawarra graniczy przecież z Francją, Emile mógł więc mieć jakichś przodków pochodzących właśnie stamtąd.
