
– Co mówisz? – Intensywnie szare oczy nie pozwoliły jej na ucieczkę. Była rozdarta pomiędzy pragnieniem, żeby nic o niej nie wiedział, i równie silnym pragnieniem, żeby mu o wszystkim powiedzieć. Był w końcu ojcem dziecka, które nosiła pod sercem.
Wpatrywał się w jej twarz uwięzioną w swoich dłoniach. Próbował wyraźniej sobie przypomnieć ów lipcowy dzień, ale tamtego wieczoru wypili za dużo wina.
– Sprawiasz mi ból – powiedziała spokojnie. Opuścił rękę wciąż badawczo się jej przyglądając. Miała twarz, którą niełatwo było zapomnieć: kształtny wąski nos, pociągłe policzki, obsypane ledwo widocznymi piegami, i niebieskie oczy w oprawie długich rzęs. W tej chwili Catherine zaciskała usta, ale pamiętał jej uśmiech. Włosy sięgały jej do ramion, były jasne, przetykane jeszcze jaśniejszymi pasemkami, zaczesane do tyłu, opadające jednak na czoło kokieteryjnymi kosmykami. Wiły się niesfornie wokół jej długiej szyi. Dziewczyna była wysoka i szczupła. Podejrzewał, bo nie mógł sobie tego przypomnieć, że jest zbudowana tak, jak lubił, żeby kobiety były zbudowane: długonogie, o wąskich biodrach i niezbyt dużych piersiach.
Tak jak Jill, pomyślał.
Myśl o Jill przywróciła go do rzeczywistości. Znów próbował sobie przypomnieć, co wydarzyło się między nim a tą kobietą.
– Ja… – zaczęła Catherine, po czym poprosiła mniej zjadliwym tonem: – Mógłbyś zgasić to światło?
– Uważam, że mam prawo widzieć cię w czasie tej drażliwej rozmowy, jaką prowadzimy.
Nic nie mogła zrobić, gdy tak analizował ją niczym wydruk z detektora kłamstw. Znosiła to tak długo, jak tylko mogła, wreszcie odwróciła twarz i zapytała:
– Nie pamiętasz, prawda?
– Częściowo tak, ale nie wszystko.
– Robiłeś wrażenie doświadczonego mężczyzny, takiego, który na milę rozpozna dziewicę.
– Jeśli pytasz mnie, jak często robię coś takiego, to nie twój interes.
