
– Mylisz się – powiedziała takim tonem, że pojął bezskuteczność dalszych prób wydobycia z niej czegoś więcej. W milczeniu prowadził wojnę z własnym sumieniem. Kiedy się odezwał, jego słowa wyraziły większą prawdę, niż którekolwiek z nich się tego spodziewało.
– Posłuchaj, nie chcę, żeby ten dzieciak wyrastał w tym samym domu, w którym mieszka twój ojciec.
Można było usłyszeć, jak z pociemniałych gałęzi zwieszających się nad drogą spada liść. W ciemności rozległ się cichy głos Catherine:
– Proszę, proszę…
W odpowiedzi zapalił silnik, wrzucił bieg i próbował szybką jazdą zniweczyć swą frustrację. Zamyślony, znowu jedną ręką trzymał kierownicę, jadąc tylko trochę za szybko, ale nie tak jak poprzednio. Catherine oparła się w fotelu i w milczeniu przyglądała drzewom, szybko umykającym do tyłu. Straciła poczucie kierunku i na chwilę oddaliła od siebie smutne myśli. Samochód zwolnił i skręcił w ulicę, przy której mieszkał Clay.
– Czy sądzisz, że twoi rodzice nadal tam są?
– Nie mam pojęcia.
– Wygląda na to, że pojechali – powiedział, nie dostrzegając na podjeździe samochodu Andersona.
– Wobec tego będziesz musiał odwieźć mnie do domu – powiedziała, po czym dodała, odwracając twarz do okna:
– Przepraszam za kłopot. Zatrzymał się przed skrzyżowaniem i siedział z udawaną cierpliwością. Kiedy Catherine nadal z uporem wpatrywała się w okno, był zmuszony zapytać:
– Dobrze, w którą stronę?
W błękitnobiałym świetle ulicznej latarni dostrzegła jego bezczelną pozę: dłoń oparta niedbale o kierownicę, ramię lekko odchylone w stronę drzwi.
– Ty rzeczywiście nic nie pamiętasz z tamtej nocy?
– Pamiętam to, co chcę pamiętać. Ty o tym pamiętaj.
– Uczciwie postawiona sprawa – stwierdziła, po czym obojętnym tonem podała mu adres, udzielając zwięzłych wskazówek, jak dojechać.
Jazda z Ediny do północnego Minneapolis zabrała dwadzieścia minut – długich, coraz bardziej nieprzyjemnych minut, w czasie których ich gniew topniał mniej więcej w takim tempie, w jakim wzrastała prędkość, z jaką Clay prowadził.
