
– Wiesz, czuję się okropnie, że pozwalam ci tak odejść.
– Cóż, wobec tego jest nas dwoje. Blade światło padające z deski rozdzielczej pozostawiało ich oczy w cieniu, jednak w jakiś sposób przekazali sobie wiele. Catherine gwałtownie odwróciła wzrok od jego twarzy, nie chciała bowiem, by prześladował ją wyraz smutku, jaki się na niej malował. Otworzyła drzwi i zapaliło się górne światło. Clay wyciągnął rękę, żeby ją zatrzymać. Ciepło jego dotyku paliło ją przez rękaw płaszcza. Odsunęła się powoli i odwróciła głowę. W łagodnym świetle dojrzał na jej szyi trzy fioletowe sińce, jeden pod drugim. Zanim zdołała temu zapobiec, palce Claya prześlizgnęły się po tym miejscu. Catherine skuliła się, opuszczając nisko brodę.
– Nie rób tego! – Jej oczy były szeroko rozwarte, dzikie, wyzywające.
Głosem pełnym napięcia Clay zapytał:
– On to zrobił, prawda? Nie było sensu zaprzeczać, przyznanie się byłoby głupotą.
Mogła jedynie unikać odpowiedzi wprost.
– Nie waż się mi współczuć – ostrzegała go. – Teraz bym tego nie zniosła.
– Catherine… – Nie wiedział, co powiedzieć. Nie chciał wplątywać się w jej życie, a jednak się wplątał. Ona nie może wysiąść z tego samochodu i odejść z ich dzieckiem w jakąś niewyraźną przyszłość. Oboje zdali sobie sprawę, jak bardzo był już zaangażowany w jej życie.
– Czy mógłbym dać ci chociaż trochę pieniędzy? – zapytał prawie szeptem.
– Nie… proszę… nie chcę nic od ciebie bez względu na to, czy mi wierzysz czy nie.
Teraz już jej wierzył.
– Czy skontaktujesz się ze mną, jeśli zmienisz zdanie?
– Nie zmienię. – Wyswobodziła łokieć z uścisku jego palców.
– Powodzenia – powiedział, nie spuszczając z niej wzroku.
– Tak, tobie też tego życzę. Następnie pochylił się, żeby otworzyć jej drzwi, a wtedy grzbietem dłoni lekko musnął jej brzuch, sprawiając, że dostała gęsiej skórki. Szybko wysiadła.
