
— Piorunowa glina to niezwykle potężna substancja — przyznał Ridcully. — Ale potrzebny jest specjalny zapalnik. Trzeba wewnątrz jej masy rozbić naczynie z kwa sem. Kwas wsiąka w glinę i wtedy … łubudu, tak się to chyba określa.
— Niestety, wspomniany tu człowiek rozważny uznał też za stosowne wręczyć Cohenowi taki zapalnik — stwierdził Vetinari. — A kiedy owo łubudu nastąpi na szczycie góry, która jest osią magicznego pola świata, nastąpi kolaps owego pola na okres… proszę mi przypomnieć, panie Stibbons.
— Około dwóch lat.
— Doprawdy? No cóż, poradzimy sobie chyba przez kilka lat bez magii — powiedział pan Slant.
— Z całym szacunkiem — wtrącił Myślak, całkiem bez szacunku. — Z całym szacunkiem, nie poradzimy sobie. Morza wyschną. Słońce wypali się i spadnie. Słonie i żółw mogą w ogóle przestać istnieć.
— I to się zdarzy w ciągu zaledwie dwóch lat?
— Ależ nie. W ciągu kilku minut.
Widzi pan, magia to nie tylko kolorowe światełka i krysz tałowe kule. Magia podtrzymuje nasz świat.
W nagłej ciszy zabrzmiał ostry, wyraźny głos Vetinariego.
— Czy jest tu ktoś, kto wiedziałby cokolwiek o Dżyn gisie Cohenie? — zapytał. — I czy jest tu ktoś, kto mógłby nam wytłumaczyć, dlaczego przed opuszczeniem miasta on i jego ludzie porwali z na szej ambasady minstrela? Materiały wybuchowe, owszem, wyjątkowe barbarzyństwo… ale po co im minstrel? Czy ktoś mógłby mnie oświecić?
* * *
Tak blisko Cori Celesti dmuchał mroźny wiatr. Widziana z tego miejsca Góra Świata — z da leka wyglądająca jak igła — zmieniała się w po sępną, szorstką kaskadę coraz wyższych szczytów. Centralna iglica całe mile nad ziemią ginęła w chmu rach lodowych kryształków, które skrzyły się w słońcu.
