
Kilku starych mężczyzn siedziało skulonych przy ognisku.
— Mam nadzieję, że się nie myli z tymi schodami światła — powiedział Mały Willie. — Wyjdziemy na prawdziwych dupków, jeżeli ich tam nie ma.
— Miał rację z ol brzymim morsem — przypomniał Truckle Nieuprzejmy.
— Kiedy?
— Pamiętacie, jak przechodziliśmy po lodzie? Wtedy krzyknął: „Uwaga! Zaraz zaatakuje nas olbrzymi mors!”.
— Aha.
Willie raz jeszcze obejrzał się na iglicę. Powietrze już tutaj wydawało się rzadsze, kolory głębsze… Miał wrażenie, że starczy wyciągnąć rękę, by dotknąć nieba.
— Ktoś wie, czy na górze jest ubikacja? — zapytał.
— Po mojemu to musi być — uznał Caleb Rozpruwacz. — No, jestem nawet pewny, że o niej słyszelim. Toaleta Bogów.
— Co?
Spojrzeli na coś, co wyglądało jak stos futer na kołach. Kiedy człowiek wiedział, na co patrzy, stos zmieniał się w sta rożytny wózek inwalidzki umocowany na płozach i okryty strzępami koca i skó rami zwierząt. Wyglądała spod nich para błyszczących, drapieżnych oczu.
Z tyłu wózka wisiała przywiązana beczka.
— Chyba czas na jego zupę — stwierdził Mały Willie, umieszczając nad ogniem czarny od sadzy kociołek.
— Co?
— PODGRZEWAM CI ZUPĘ, HAMISH!
— Znów tyn przeklęty mors, co?
— TAK!
— Co?
Byli co do jednego starcami. Ich zwykłe rozmowy składały się z litanii skarg na bolące stopy, brzuchy i grzbiety. Poruszali się wolno. Ale mieli pewien szczególny wygląd, szczególne spojrzenie.
Gdziekolwiek się znaleźli, mówiły ich oczy, już tutaj byli. Cokolwiek to było, już to robili, często więcej niż raz. Tylko nigdy, ale to nigdy nie kupiliby koszulki z na drukiem. I wie dzieli, co to strach — to coś, co przytrafia się innym.
— Szkoda, że nie ma z nami Starego Vincenta — rzekł Caleb, bez celu rozgrzebując ognisko.
