— Ale go nie będzie i ko niec — odparł krótko Truckle Nieuprzejmy. — Umawialiśmy się, że za demona nie będziemy o tym gadać.

— Co to za sposób, żeby odejść… Bogowie, mam nadzieję, że mnie coś takiego nie spotka. Coś takiego… nikogo nie powinno spotykać.

— Pewno, racja — zgodził się Truckle.

— Był porządnym facetem. Przyjmował wszystko, czym świat w niego rzucał…

— Racja.

— I żeby udławić się…

— Wszyscy wiemy, jak było! A teraz się lepiej zamknij, do demona!

— Obiad gotowy — burknął Caleb, wyciągając spomiędzy głowni dymiący płat tłuszczu. — Ktoś ma ochotę na dobrze wysmażony stek z morsa ? Może Pan Przystojniak?

Spojrzeli wszyscy na wyraźnie ludzką postać opartą o głaz. Była dość niewyraźna z po wodu sznurów, jednak dało się zauważyć, że nosi jaskrawą, barwną odzież. To miejsce nie było odpowiednie dla jaskrawej, barwnej odzieży. To była kraina dobra dla futer i skóry.

Mały Willie podszedł do kolorowego zjawiska.

— Zdejmiemy ci knebel — powiedział — jak obiecasz, że nie będziesz wrzeszczał.

Przerażone oczy zerknęły w tę i tamtą stronę, po czym głowa skinęła szybko.

— No dobra. Możesz zjeść swój dobrze wysma… eee… swój kawał morsa — rzekł Mały Willie, wyciągając więźniowi szmatę z ust.

— Jak śmiecie wlec mnie przez… — zaczął minstrel.

— Posłuchaj — przerwał mu Mały Willie. — Nikt z nas nie ma ochoty przyłożyć ci w ucho, kiedy tak gadasz. Prawda? Bądź rozsądny.

— Rozsądny? Kiedy porywa…

Mały Willie wcisnął knebel na miejsce.

— Cienka strużka pustki — mruknął, patrząc prosto w gniewne oczy. — Nie masz nawet harfy. Jaki to bard, co chodzi bez harfy? To tylko takie coś jakby drewniany garnek. Bzdurny pomysł.

— To jest lutnia — wymamrotał Caleb, przeżuwając morsa.

— Co?

— TO JEST LUTNIA, HAMISH!



12 из 125