
Orda, złożona w całości z wete ranów tysiąca beznadziejnych szarż, ostrożnie jednak zbliżała się do Cohena, który ze skrzyżowanymi nogami siedział na śniegu. Swój miecz wbił głęboko w zaspę. Twarz miał zamyśloną, trochę smutną.
— Przyjdziesz zjeść coś na obiad, stary przyjacielu? — zapytał Caleb.
— Jest mors — uprzedził Mały Willie. — Znowu.
Cohen burknął coś.
— Jeszcze nie szkończyłem — powiedział niewyraźnie.
— Czego nie skończyłeś, stary przyjacielu?
— Wszpominacz.
— Kogo wspominać?
— Tego bohatera, czo jeszt tu pochowany.
— Kim był?
— Nie wiem.
— Z ja kiego ludu pochodził?
— Nie mam pojęcza.
— Czy dokonał jakichś wielkich czynów?
— Trudno powiedżecz.
— Więc czemu…
— Ktosz muszy powszpominacz tego biednego drania — wyjaśnił Cohen.
— Przecież nic o nim nie wiesz!
— Ale i tak mogę go wszpominacz.
Ordyńcy porozumieli się wzrokiem. Ta przygoda będzie chyba trudna.
Całe szczęście, że ma też być ostatnia.
— Lepiej wróć i zamień parę słów z tym bardem, co go pojmalim — rzekł Caleb. — Po mojemu to on chyba nie rozumie, co ma do roboty.
— Ma tylko po wszysztkim napiszacz szagę — stwierdził Cohen stanowczo, choć nieco mlaszcząc. Coś przyszło mu do głowy. Zaczął poklepywać się po różnych fragmentach odzieży, co biorąc pod uwagę jej małą obfitość, nie trwało długo.
