Były bardzo stare. Nikt z ordyń ców nie myślał nawet o roz kopaniu któregoś z nich w celu sprawdzenia, jakie skarby ukrywa w swym wnętrzu. Po części dlatego, że mieli pewne słowo na określenie ludzi używających łopat, a słowo to brzmiało „niewolnik”. Przede wszystkim jednak dlatego, że mimo swego powołania przestrzegali ścisłego kodeksu moralnego — choć nie należał do takich, do których stosuje się ktokolwiek inny. Ten kodeks sprawił, że mieli też odpowiednie słowo dla kogoś, kto narusza spokój kurhanów grobowych. Słowo to brzmiało „giń”.

Orda, złożona w całości z wete ranów tysiąca beznadziejnych szarż, ostrożnie jednak zbliżała się do Cohena, który ze skrzyżowanymi nogami siedział na śniegu. Swój miecz wbił głęboko w zaspę. Twarz miał zamyśloną, trochę smutną.

— Przyjdziesz zjeść coś na obiad, stary przyjacielu? — zapytał Caleb.

— Jest mors — uprzedził Mały Willie. — Znowu.

Cohen burknął coś.

— Jeszcze nie szkończyłem — powiedział niewyraźnie.

— Czego nie skończyłeś, stary przyjacielu?

— Wszpominacz.

— Kogo wspominać?

— Tego bohatera, czo jeszt tu pochowany.

— Kim był?

— Nie wiem.

— Z ja kiego ludu pochodził?

— Nie mam pojęcza.

— Czy dokonał jakichś wielkich czynów?

— Trudno powiedżecz.

— Więc czemu…

— Ktosz muszy powszpominacz tego biednego drania — wyjaśnił Cohen.

— Przecież nic o nim nie wiesz!

— Ale i tak mogę go wszpominacz.

Ordyńcy porozumieli się wzrokiem. Ta przygoda będzie chyba trudna.

Całe szczęście, że ma też być ostatnia.

— Lepiej wróć i zamień parę słów z tym bardem, co go pojmalim — rzekł Caleb. — Po mojemu to on chyba nie rozumie, co ma do roboty.

— Ma tylko po wszysztkim napiszacz szagę — stwierdził Cohen stanowczo, choć nieco mlaszcząc. Coś przyszło mu do głowy. Zaczął poklepywać się po różnych fragmentach odzieży, co biorąc pod uwagę jej małą obfitość, nie trwało długo.



18 из 125