— Nie, panie. To kwestor. Musi je brać, bo jest obłąkany.

— Aha — mruknął. Tym razem jego twarz przybrała jakiś wyraz: wyraz człowieka, który z całą stanowczością nie mówi tego, co ma na myśli.

— Panu Stibbonsowi chodzi o to — wtrącił Ridcully — że są miliardy miliardów przyszłości, które… tego… tak jakby istnieją, rozumie pan. Wszystkie są… możliwymi formami przyszłości. Ale najwidoczniej pierwsza, na którą się popatrzy, jest właśnie tą, która staje się przyszłością naprawdę. A może nie być taką, która się spodoba. O ile mi wiadomo, wszystko to wiąże się z zasadą nieoznaczoności.

— A ona brzmi…?

— Nie jestem pewien. To pan Stibbons zna się na takich sprawach.

Obok przeszedł orangutan, niosący pod każdym ramieniem zadziwiająco dużo ksiąg. Vetinari spojrzał na węże ciągnące się od omniskopu przez otwarte drzwi na trawnik i dalej do… jak to się nazywa? Budynek Magii Wysokich Energii?

Wspomniał dawne dni, kiedy magowie byli chudzi, nerwowi i sprytni. W tam tych czasach nie pozwoliliby, żeby jakaś zasada nieoznaczoności w ogóle na dłuższy czas zaistniała. Jeśli czegoś nie da się wyznaczyć, powiedzieliby, to skąd wiadomo, co człowiek robi źle? Coś, czego człowiek nie jest pewien, łatwo może go zabić.

Omniskop zamigotał i poka zał śnieżną pustynię z czar nymi górami w od dali. Mag nazywany Myślakiem Stibbonsem wydawał się bardzo z tego zadowolony.

— Mówiłeś chyba, że potrafisz go znaleźć tym czymś — przypomniał mu nadrektor.

Myślak Stibbons uniósł głowę.

— Czy mamy coś, co było jego własnością? Jakiś osobisty drobiazg, który zostawił gdzieś przez zapomnienie? Moglibyśmy to włożyć do rezonatora morficznego, podłączyć całość do omniskopu i namie rzyć go bez problemów.

— Co się stało z ma gicznymi kręgami i kapią cymi świecami? — zainteresował się Patrycjusz.



5 из 125