
– Och, oczywiście, że to Tristan Paladin – ożywiła się Hildegarda, która nigdy wcześniej nie słyszała tego nazwiska. – Wiedziałam, że gdzieś już musiałam go spotkać!
Młody człowiek nie spoglądał więcej w jej stronę i Hildegarda wcale tego nie pragnęła. Chciała tylko zapamiętać to ciepłe, troskliwe, rozumiejące spojrzenie.
Tristan Paladin… Cóż za imię! Ale pasowało do niego. Nagle Hildegardzie wydało się, że nie mógłby nazywać się inaczej.
Królowa przeprosiła ją, mówiąc, że czekają na nią inne obowiązki, i Hildegarda już chciała wstać i odejść, choć czuła się ciężka jak słoń…
– Ależ nie, księżno, posiedźcie jeszcze, wyglądacie na zmęczoną! Zostańcie tutaj tak długo, jak będziecie miała na to ochotę. Czy zwracaliście się do jakiegoś lekarza?
– Tak, nadworny medyk bada mnie regularnie.
Królowa zawahała się, Hildegarda wiedziała, dlaczego. Chciała zaproponować księżnej usługi osobistego medyka króla, ale słowa nie mogły jej przejść przez usta. Medyk królewski był bowiem ojcem osławionej Sophii Amalii Moth, której nadano szlachectwo i tytuł hrabiny Samsoe.
Królowej z pewnością niełatwo było wymówić nazwisko królewskiego medyka.
Hildegarda pospieszyła jej z odsieczą.
– Doskonale sobie radzę, Wasza Wysokość, ale jeśli wolno mi będzie posiedzieć tu przez chwilę, z wdzięcznością przyjmę tę propozycję.
– Zostańcie tu tak długo, jak chcecie, księżno – uśmiechnęła się Charlotta Amalia. W uśmiechu tym objawiło się bolesne zrozumienie losu, który wspólnie dzieliły.
Jakie to wszystko żałosne, pomyślała Hildegarda, kiedy została sama. Na drugim końcu sali rozpoczęły się tańce, ale Jochuma nigdzie nie było widać. Nie było także panny Kruusedige, ale nic w tym dziwnego, że zniknęła w ślad za nim.
Zdenerwowanie Jochuma, gorączkowy niepokój, tak częste ostatnio wybuchy gniewu… Czy w szeptach, które usłyszała kilka dni temu, kryła się prawda? Że panna Kruusedige jest w tak zwanym błogosławionym stanie?
