– Widzę, że dzisiaj wszyscy twoi ludzie są na służbie – odezwał się medyk.

Komendant rozejrzał się dokoła, by upewnić się, że nikt ich nie słyszy, i rzekł:

– Tak. Uroczystości takie jak dzisiejsza zawsze nastręczają dodatkowych trudności. Jego Wysokości grozi wówczas większe niebezpieczeństwo niż zazwyczaj.

Komendant nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ot, mężczyzna w mundurze, w średnim wieku, niewysoki, przeciętny we wszystkim. Lekarz był okrąglejszy, wyraźnie dbający o zainteresowanie otoczenia i przez to ubrany bardziej elegancko, z brodą władczo wysuniętą do przodu. W żadnym z nich jednak nie było nic niesympatycznego.

– Nadal ich nie pojmano? – szeptem zapytał medyk.

– Nie. Wszystko, co do nas dociera, to plotki. Plotki i fragmenty rozmów. Ale nie możemy sobie pozwolić na osłabienie czujności.

– Rozumiem. Nawet jeśli tylko połowa z tego, co się szepce na ich temat, jest prawdą, to i tak są śmiertelnie niebezpieczni.

Popatrzyli ku ulicom miasta, ciągnącym się od przeciwnej strony dziedzińca zamkowego. Daleko, tam gdzie zaczynały się ulice, plac otaczały liściaste drzewa, rzucające głębokie cienie na bramy domów. Tam wśród cieni była niewielka karczma, a pod stojącymi przed nią drzewami dostrzegli trzech mężczyzn w ciemnych opończach. Mężczyźni ci w mroku sprawiali wrażenie nienaturalnie wysokich.

– To oni, prawda? – zapytał nadworny medyk cicho, jakby obawiał się, że tamci mogą go usłyszeć.

Komendant wzruszył ramionami.

– Stoją tu już od tygodnia co wieczór. Moi ludzie wychodzili do nich, ale zanim dotarli na miejsce, tych trzech znikało. Jak gdyby to były tylko… cienie. Omam wzrokowy, ogarniający ludzi patrzących z zamku.

– I przypuszczasz, że należą do tego tajemniczego zakonu?

– Przypuszczam? – obruszył się komendant. – Tak niesie wieść gminna.

– Jak nazywa się ta sektę? „Strażnicy Wiary”?

– Nie, to nie sekta, to zakon pod nazwą „Strażnicy Prawego Tronu”.



13 из 185