
– Och, mój Boże – westchnął doktor, zrezygnowany.
– Czego to ludzie nie wymyślą!
– Cóż, przede wszystkim dziwię się Strażnikom. Oni wierzą w istnienie Ludzi z Bagnisk! Chodzą słuchy, że mają jakieś powiązania z owymi mistycznymi istotami z pradziejów. To oczywiście wierutne bzdury, ale wydaje się, że sami Strażnicy w to wierzą.
– Co mają zamiar zrobić?
– Obalić króla i złożyć go w ofierze, by Ludzie z Bagnisk mogli zająć zamek i osadzić na tronie swojego władcę.
– Dziecinne bajdurzenie.
– Nie jestem tego taki pewien. Wierzą w bajki, to oczywiste, bowiem Ludzie z Bagnisk nie istnieją, ale niebezpieczeństwo grożące Jego Królewskiej Mości pozostaje. Strażnicy są zdecydowani.
– Czy jest ich wielu?
– Nic o tym nie wiemy.
– Ale przecież zamek jest dobrze strzeżony.
Twarz komendanta była jak wykuta z kamienia. Wyjrzał przez okno i utkwił wzrok w trzech długich cieniach.
– Plotka głosi, że są także na zamku, wśród dworzan i osobistej gwardii króla.
– Dobry Boże – szepnął medyk. – To straszne!
– Gdyby tylko można było wyśledzić, gdzie się zbierają – marzył na głos komendant. – Tak, byśmy mogli pojmać ich wszystkich razem! Chwytanie jednego tu, drugiego tam nie ma sensu, bo i tak mnożą się dalej niczym komary w letni wieczór.
– Mimo wszystko uważam, że to tylko ludzkie gadanie. Prawdziwy tajemny związek nie pozwoliłby, aby na zewnątrz wydostało się tak wiele informacji.
Komendant popatrzył na rozmówcę wzrokiem, z którego nic nie dało się wyczytać.
– Wiemy, skąd pochodzą te informacje. Z samego źródła. Od pewnego młodego człowieka, w którym żądza przygód wzięła górę nad ostrożnością. Dzień po tym, jak wiadomość o istnieniu Strażników znalazła się na ustach ludzi, znaleziono go martwego. Powieszonego za nogi, jak zaszlachtowane zwierzę, na ścianie jednego z domów. Bez kropli krwi w ciele.
Medyk zadrżał gwałtownie.
– Moim zdaniem coś się tu nie zgadza. Jeśli chcą nawiązać kontakt z Ludźmi z Bagnisk, powinni ich szukać na moczarach, łąkach i wrzosowiskach. Nie w wielkim mieście! Miasto jest zbyt nowoczesne.
