
– No i jak, Marino? – zapytała, podnosząc się z trudem. – Co dzisiaj robiłaś?
– Nic.
Dziewczynka wyglądała, jakby tego dnia bała się własnego cienia jeszcze bardziej niż zwykle. Co się z nią działo ostatnimi czasy? Snuła się jak zjawa. Czyżby wiedziała? Przeczuwała, że wkrótce zostanie samiutka na świecie?
Boże, okaż miłosierdzie memu dziecku! Nie dopuść, by Marina była równie samotna w obcym kraju jak ja! Niech ojciec nie wyda jej za mąż z wyrachowania, jak uczynili to moi rodzice, aranżując związek z bratem następcy tronu.
Podczas gdy dziewczynka cichutko przycupnęła na parapecie, nieśmiało prosząc o pozwolenie pozostania w komnacie, Hildegarda powróciła myślami do czasów młodości, kiedy Jochum ją adorował.
Ach, jakże była zakochana w przystojnym księciu Riesenstein! I jakże on ją uwielbiał. To właśnie najmocniej teraz bolało: fakt, że kiedyś naprawdę ją kochał.
Nie było to małżeństwo jedynie z rozsądku. Związek, w którym nie należało się spodziewać ani krztyny miłości, być może byłby łatwiejszy. Ale patrzeć, jak płomień uczucia w oczach ukochanego gaśnie i przemienia się w lodowate zimno i pogardę, gdy minął pierwszy okres fascynacji, ta było nie do zniesienia. Nie pomagała myśl, że prawdopodobnie dzieliła ten los z długim szeregiem jego porzuconych kochanek.
To ona była jego żoną, to jej składał małżeńską przysięgę. I to jej życie było pełne upokorzeń.
No cóż, nie miało ono być szczególnie długie. Może tę prawdę powinna uznać za pociechę…
Ale jest przecież Marina, nie wolno jej zapominać o córce! Ze względu na nią musi żyć tak długo, jak to możliwe.
Hildegarda przebierała się w najobszerniejszą ze swych sukien, marszcząc brwi. Ostatni romans Jochuma trwał już dość długo. Ta mała, zadowolona z siebie panna Kruusedige, w przeciwieństwie do większości jego kochanek, była niezamężna i wydawało się, że złapała go w sidła.
Na litość boską, pomyślała, przyglądając się swemu odbiciu w lustrze. Przypominam stóg siana albo namiot żołnierski! Nie, nie mogę tak się pokazać!
