
Był to przystojny młody człowiek, może nieco ponad trzydziestoletni, o ciemnych smutnych oczach. Tkwiła w nim jakaś szlachetna delikatność, choć trudno byłoby nazwać go słabym. Hildegarda natychmiast go polubiła. Wcześniej po prostu nie patrzyła w stronę drabantów, to nie przystało księżnej.
Teraz był dla niej niczym oaza na pustyni dla spragnionego wędrowca.
Nie zaszło między nimi nic poza tym przelotnym spojrzeniem, chwilowym zetknięciem wzroku. Teraz jednak Hildegarda wiedziała, że on tam jest. To wystarczyło. Znów poczuła się silna.
Mała Marina skuliła się w swoim łożu i nasłuchiwała z bijącym sercem. Zza ściany dochodziło słabe chrapanie guwernantki.
Gdyby tylko mogła zamknąć drzwi prowadzące na korytarz… Nie wolno jej jednak było tego robić, brakowało klucza, a stara, głucha opiekunka musiała mieć możliwość zajrzenia do niej, gdyby zaistniała taka potrzeba.
Gdyby zaistniała potrzeba? Ani razu w ciągu dwóch lat, kiedy była guwernantką Mariny, nie obudziła się z ciężkiego, połączonego z chrapaniem snu, by zajrzeć do dziewczynki. A ponadto Marina nie miała odwagi wchodzić do niej.
Wiedziała dosyć. Z początku nie mogła zrozumieć, dlaczego od starej damy wieczorami zalatywał taki dziwny zapach. Teraz jednak była na tyle duża, by pojąć, że kobieta pije jak szewc i stąd bierze się nieustające chrapanie w nocy.
Marina musiała wyjrzeć spod kołdry, by zaczerpnąć powietrza.
Dziś wieczorem ucztowano. Chyba wszyscy tam poszli? Tej nocy, wyjątkowo, mogła spać spokojnie.
Oby tylko dziś wieczorem nie rozległy się na korytarzu owe skradające się kroki! O, Boże, dopomóż mi! Niech to nie zdarzy się jeszcze raz, nie zniosę tego!
Przez ostatnie dwa tygodnie słyszała kroki. A potem ostrożnie otwierały się drzwi. Kroki zbliżały się do jej łóżka.
Pierwszego wieczoru usiadła zdziwiona.
