
– Księżno – odezwał się ktoś po francusku. – Widzę, że jesteście głęboko pogrążona w myślach.
Szybko uniosła powieki i pokłoniła się nisko. Przed nią stała królowa. Dobra, życzliwa królowa Charlotta Amalia.
– Chodźmy, spoczniemy chwilę na mej sofie!
Hildegarda usłuchała z wdzięcznością. Wiedziała, że królowa nigdy nie wspomni o jej chorobie ani też o miłostkach Jochuma. Obydwu kobietom przypadł w udziale podobny los. Chociaż król Christian bez wątpienia nie zaniedbywał swych małżeńskich obowiązków i dał Charlotcie Amalii siedmioro potomków, to miał także pięcioro dzieci z Sophią Amalią Moth; swoją wieloletnią kochanką.
Królowa jednak, tak samo jak Hildegarda, zachowywała się taktownie i publicznie nie urządzała żadnych scen. Mężczyźni wymagali od żon absolutnej lojalności, dlatego też mogli robić to, co im się żywnie podobało.
Jednak poza wszystkim Hildegarda uważała, że cudownie jest nareszcie z kimś porozmawiać i uciec spod pręgierza spojrzeń.
– Jak się miewa mała Marina? – zapytała królowa, gdy już usiadły.
– Dziękuję, dobrze – odparła Hildegarda. – Ale jest takim nieśmiałym dzieckiem, że właściwie nigdy nie wiadomo, co myśli.
– Owszem, zauważyłam to. Ale tak przecież trzeba wychowywać dzieci, nie należy ich widzieć ani słyszeć. Co prawda uważam, że mężczyźni są dla nich zbyt surowi, ale my także przez to przeszłyśmy i jakoś nic nam nie zaszkodziło.
Czyżby? Hildegarda powróciła myślą do własnego surowego dzieciństwa, które pamiętała jako długi ciąg pełnych dojmującego chłodu dni spędzonych w zamkowych salach w ich rodzinnym kraju. Ciągłe „zrób to i to, nie rób tego”. Czy to nie zaszkodziło?
