
– Powodzenia, Myron.
– Nawzajem.
Na jacht dopłynęli dingi. Myron chwycił rękę, którą podał mu załogant, wsiadł, ruszyli. Stał na pokładzie wsparty o barierkę z drewna tekowego – tekowego! – i patrzył na oddalający się brzeg. Wszystko tutaj było ciemne, kosztowne i z teku.
– Proszę – usłyszał głos Wina i odwrócił się.
Win rzucił mu yoo – hoo – jego ulubiony drink, gazowany czekoladowy koktajl mleczny. Myron uśmiechnął się.
– Nie piłem go od trzech tygodni – powiedział.
– Koniec cierpień. To z pewnością była dla ciebie katorga.
– Zero telewizji i yoo – hoo. Cud, że przeżyłem.
– Właśnie, żyłeś tu prawie jak mnich. – Win obejrzał się na wyspę. – To znaczy, jak mnich, który bzyka co niemiara.
Obaj zwlekali z przejściem do rzeczy.
– Ile zajmie nam powrót? – spytał Myron.
– Osiem godzin jachtem – odparł Win. – W Saint Bart's czeka na nas odrzutowiec. Lot potrwa ze cztery godziny.
Myron skinął głową. Potrząsnął puszką, otworzył ją, pociągnął duży łyk i obrócił się w stronę wody.
– Przepraszam – powiedział.
Win puścił jego przeprosiny mimo uszu. A może go zadowoliły. Jacht przyspieszył. Myron zamknął oczy, wystawiając twarz na pieszczoty wodnego pyłu. Pomyślał przelotnie o Clu Haidzie. Już na pierwszym roku prawa na Harvardzie Clu, który nie ufał agentom sportowym, uważając ich za „gorszych od pedofili”, poprosił go o wynegocjowanie kontraktu. Myron spełnił prośbę kolegi. Spodobało mu się to i niebawem założył agencję RepSport MB.
