
Clu był uroczym nicponiem. Niepoprawnym wielbicielem wina, kobiet i śpiewu, nie wspominając o mocniejszych używkach, które wpadły mu w ręce, nos czy żyły. Dla tego potężnie zbudowanego rudowłosego, chłopięco przystojnego, niebywale czarującego, niemal staroświeckiego hulaj – duszy nie było nieudanych imprez. Wszyscy go kochali. Nawet Bonnie, jego anielsko cierpliwa żona. Ich pożycie przywodziło na myśl rzuty bumerangiem. Bonnie wyrzucała Clu, on jakiś czas wirował w powietrzu, wracał, a ona go łapała.
Tylekroć wydobywany przez Myrona z kłopotów – zawieszany za narkotyki, zatrzymywany za jazdę w stanie nietrzeźwym itp. – Clu w końcu zwolnił nieco obroty, nabrał ciała i stracił na uroku. Sprowadzony w drodze wymiany do zespołu nowojorskich Yankees, trafił pod ścisły nadzór, otrzymując ostatnią szansę poprawy. Po raz pierwszy w życiu pozostał na odwyku i uczęszczał na spotkania Anonimowych Alkoholików. W latach dziewięćdziesiątych odzyskał szybkość rzutu.
– Chcesz usłyszeć, co się stało? – Win wyrwał Myrona z zamyślenia.
– Nie jestem pewien.
– Tak?
– Poprzednim razem nawaliłem. Nie posłuchałem twoich ostrzeżeń i zginęło przeze mnie wiele osób.
– Myron powstrzymał napływające łzy. – Pojęcia nie masz, jak źle się to skończyło.
– Myron?
Myron obrócił się w stronę przyjaciela. Ich oczy się spotkały.
– Weź się w garść – rzekł Win.
– Nie znoszę, kiedy mi pobłażasz – odparł Myron, wydając z siebie trój dźwięk złożony ze szlochu i chichotów.
– Wolałbyś porcję pustych frazesów? – Win zakręcił trunkiem w szklaneczce i skosztował. – Wybierz któryś z nich i lećmy dalej: życie jest ciężkie; życie jest okrutne; życiem rządzi przypadek; bywa, że dobrzy ludzie są zmuszeni do złego; niewinni czasem giną; tak, Myronie, nawaliłeś, ale tym razem spiszesz się lepiej; nie, Myronie, nie nawaliłeś, to nie była twoja wina; każdy kiedyś się przełamuje, kolej na ciebie… Mam przestać?
