Pewnego razu parny upal zmusił mnie do zmiany trasy. Zszedłem ze stromej grani do nadbrzeżnego osiedla, którego kryte dachówką chaty wyłaniały się spod gęstej zieleni nad cichą, lazurową zatoczką.

W maleńkiej kawiarence półnagi kelner Metys z czarną czupryną i wielkim srebrnym kolczykiem w lewym uchu poinformował mnie łamaną anglo-francuszczyzną, że osiedle nazywa się Porto Alte, że mieszkają tu rybacy i robotnicy z fabryki konserw, że jesienią zjeżdżają w te strony turyści z Europy i Ameryki.

— Masa turystów, sir — dukał nalewając w wielki graniasty kufel mętne miejscowe wino. — Muzeum, sir. Drugiego takiego na świecie nie ma. Atlantyda, sir. Najprawdziwsza, bez najmniejszego oszustwa. M’sieur słyszał? Bóg litościwy rozgniewał się na Atlantydę i zesłał powszechny potop. Wszyscy potonęli, tylko najsprytniejsi oszuści wyszli cało… są u nas na wyspie. M’sieur nie wierzy? Niech się w ziemię zapadnę razem z tawerną. Dawne dzieje. Wtedy nie było uczonych, żeby to wszystko opisać. M’sieur zechce odwiedzić muzeum i sam się przekonać. Jeszcze szklaneczkę, sir?

Podziękowałem, zapłaciłem i wyszedłem na bulwar pod nieruchome korony ostrolistnych palm. Kierując się ku plaży zauważyłem niewielki budynek z szarego porowatego kamienia. Stał z dala od innych domów osiedla. Za gęstym zapuszczonym parkiem, okalającym budynek, wznosiły się białe wieże klasztoru. W na pół rozwalonym murze była furtka. Przy niej tabliczka z angielskim i portugalskim napisem: „Muzeum historyczne”.

Plaża leżała tuż obok. Wykąpałem się i wyciągnąłem na leżaku pod daszkiem z żaglowego płótna. Fale ledwie szemrały. Powietrze było gorące i nieruchome. Pomyślałem leniwie, że upłyną jeszcze najmniej trzy godziny, zanim upał trochę zelżeje. Rozejrzałem się dokoła. Uwagę moją znów przykuł szary budynek. A może by wstąpić do tego muzeum? Tam, pod kamiennym sklepieniem i w gęstym cieniu starego parku mogła się kryć ochłoda…



2 из 282