
Od furtki wiodła w stronę budynku dróżka wyłożona białymi płytami z marmuru. Poprzez szczeliny chodnika przebijała się trawa. Przy wejściu nie było nikogo. W mrocznym okrągłym hallu panował chłód. W kącie drzemał staruszek — portier. Zdjąłem kapelusz, otarłem chustką spocone czoło. Staruszek wciąż drzemał. Ostrożnie ująłem go za ramię. Podniósł głowę, spojrzał na mnie sinymi, załzawionymi oczyma, w milczeniu wziął monetę i gestem zaprosił do środka.
W salach było cicho. Staruszka — podłoga poskrzypywała. Na ścianach wisiały wyblakłe mapy morskie z czasów Kolumba i Vasco da Gamy, fotografie jakichś ruin, strzępy pergaminów. W kątach pobłyskiwały rycerskie zbroje. W zakurzonych gablotach obok okruchów greckich amfor leżały starorzymskie monety i prymitywne wyroby z kości słoniowej. Obok starej lunety skrzyła się kolekcja jaskrawych motyli znad Amazonki i dziwaczne gałęzie koralowców. Wszystko razem przypominało zaniedbany sklep z pamiątkami, którego właściciel dawno stracił nadzieję sprzedania czegokolwiek ze swoich zleżałych klamotów.
Uwagę moją przyciągnął po mistrzowsku wykonany model starego okrętu. Etykietka głosiła, że jest to model karaweli Krzysztofa Kolumba i że zrobił go własnoręcznie jego towarzysz podróży, cieśla okrętowy Diego Santis w 1496 roku. Przyjrzawszy się baczniej temu wspaniałemu cacku, zauważyłem ledwo widoczny stempel na miedzianej okładzinie kilu. Lupa kieszonkowa pomogła odczytać napis bez trudu. „Rotterdam, Preiss i syn. Fabryka modeli 1928”. Po tym „odkryciu” ruszyłem w dalszy obchód nie zwracając już uwagi na emfatyczne objaśnienia wykaligrafowane w kilku językach.
W ostatnim pomieszczeniu wisiały pożółkłe ze starości obrazy. Jeszcze raz obszedłem ciche bezludne sale. Ani jednego drobiazgu, który choć luźno można by związać z zaginioną kulturą Atlantów. Czyżby kelner tak bezczelnie mnie okpił?
