
Byłem jednym z tej garstki, którą wysłano na Assar. Wiedzieliśmy, że rozstajemy się z bliskimi na zawsze. Nasz statek międzygwiezdny rozwinie szybkość zbliżoną do szybkości promienia świetlnego. Czas popłynie dla nas wolniej niż na Ziemi. My będziemy mierzyć go latami, a na Ziemi upłyną tymczasem tysiąclecia. Dla naszych bliskich umieraliśmy, by odrodzić się w nowych, nieskończenie dalekich czasach. Start naszego statku był wielkim wydarzeniem dla Atlantydy. Rada Najwyższa zaliczyła wszystkich uczestników ekspedycji w poczet bogów. Ludowi ogłoszono, że bogowie, którzy niegdyś zstąpili z nieba na Ziemię, znów wracają do swoich niebiańskich pałaców.
Setki tysięcy ludzi przyszły nas odprowadzać. Nie tylko ludy Atlantydy, ale i wysłannicy wielu innych ziemskich plemion. Wszyscy z nabożnym strachem padli na twarze, kiedy nasz międzygwiezdny statek, ustawiony na wysokiej kamiennej wieży na skraju Zachodniej Pustyni, drgnął, zawisnął na oślepiającym słupie ognia i ciągnąc za sobą świecącą smugę dymu, znikł w nieskończonym przestworze nieba.
W pierwszych miesiącach lotu, póki szybkość statku nie osiągnęła górnej granicy, utrzymywaliśmy łączność z Centralnym Obserwatorium za pomocą energii promieniowania. Wiedzieliśmy, że na północy Atlantydy szykuje się jeszcze jedno ważne przedsięwzięcie. Daleka północ naszego kraju leżała pod lodem. Zwarta skorupa lodowa rozciągała się hen na zachód i wschód, zajmując przestrzeń wielokrotnie większą od całej Atlantydy. Często wiały stąd mroźne huragany, od których wymarzały nasze sady i zasiewy. Postanowiono zniszczyć lód przy użyciu tejże energii, która pędziła naprzód nasz statek międzygwiezdny. Wprawdzie niektórzy kapłani sprzeciwiali się temu projektowi, w obawie, że wyzwolona energia może nie tylko stopić lody, ale i zbudzić siły drzemiące w głębi planety. Bali się trzęsień ziemi, wybuchów wulkanów, zagłady miast. I nie pomylili się.
Ostatnia wiadomość, jaką wiązka promieni przekazała na nasz międzygwiezdny statek, była tragiczna. Ledwie na dalekiej północy zagrzmiały potężne eksplozje, a już całą Atlantydą targnęły potworne trzęsienia ziemi. W górach przebudziły się dawno wygasłe wulkany. Obok nich powstawały nowe. Rzeki rozpalonej lawy płynęły ku równinom i zburzonym miastom. „Morze zalewa południowo-zachodnią prowincję”
