
Po prawdzie nie liczyłem na nic szczególnego: kilka zagadkowych skorupek, jakaś płyta wyrzucona przez fale… Ale żeby zupełnie nic!..
Trochę zawiedziony wróciłem do hallu. Dozorca wciąż drzemał w swoim kącie.
— Atlantyda — głośno krzyknąłem podchodząc. — Gdzie Atlantyda?
Nie otwierając oczu w milczeniu wyciągnął wyschłą ciemną dłoń.
— Już zapłacone — zareplikowałem — a Atlantydy tam nie ma.
Starzec powoli uniósł sine bezrzęse powieki, uważnie przyjrzał mi się załzawionymi oczyma, wymamrotał coś półgłosem.
W milczeniu czekałem.
Zastękał, wstał, z trudem wyprostował zgarbione plecy. Był bardzo stary i sam przypominał sędziwy eksponat muzealny. Na wyschniętej czaszce sterczały mu kępki siwych włosów. Długi, haczykowaty nos celował w spiczasty podbródek. Wąskie bezkrwiste wargi miał zaciśnięte, a jego sfatygowane czarne ubranie było wymiętoszone i całe w plamach.
Zrobił ciężko kilka kroków i nie oglądając się zapytał o coś po portugalsku.
— Nie rozumiem — odpowiedziałem po francusku. — Zna pan może jakiś inny język?
Zaśmiał się drwiąco.
— Jakiś inny język! — powtórzył przedrzeźniając mój akcent. — Tyś oczywiście nie Francuz… Skąd jesteś?
— Rosjanin. Ze Związku Radzieckiego.
Odwrócił się, leciutko uniósł powieki i jakiś czas wpatrywał się we mnie w milczeniu.
— Wiem — ozwał się wreszcie. — Jesteś z tego szkunera, co stoi w Funchal. Przed kilku laty był tu jeden Rosjanin. Po co ci Atlantyda? — krzyknął i oczy mu nagle zabłysły. — Co o niej wiesz? Tam, tam trzeba jej szukać, rozumiesz? — Kościstym, zgiętym palcem pokazał otwarte drzwi, za którymi rozpościerała się niebieska tafla oceanu… Wy moglibyście, Rosjanie… Trzeba tylko mieć wiarę. Wiarę i chęci.
— Przepraszam — rzekłem kierując się ku wyjściu.
