Wreszcie nadszedł długo oczekiwany poniedziałek. Wsadziłem do kieszeni kartkę ze swoimi równaniami i wyruszyłem na poszukiwanie Weltstrasse 12. Mżył drobny wiosenny deszczyk, musiałem więc wziąć taksówkę.

— To dosyć daleko — rzekł kierowca — za rzeką, przy szpitalu psychiatrycznym.

W milczeniu skinąłem głową i pojechaliśmy.

Jechaliśmy około czterdziestu minut. Minąwszy rogatki miasta, przejechaliśmy przez most nad rzeką, okrążyliśmy jezioro i znaleźliśmy się na pagórkowatym terenie, porosłym wyschniętymi zeszłorocznymi chwastami. Gdzieniegdzie przebijała już wczesna wiosenna zieleń.

Wreszcie ukazały się dachy, a potem czerwona cegła murów położonego w dole szpitala psychiatrycznego, który w naszym mieście nazwano żartobliwie „przybytkiem mędrców”.

Wzdłuż wysokiego murowanego ogrodzenia z tłuczonym szkłem biegła droga wysypana szlaką. Kierowca skręcał kilka razy w labiryncie murów.

W końcu zatrzymał auto przed niewielkimi drzwiami.

— To tu. Dwunasty numer.

Byłem niemile zaskoczony, gdy się zorientowałem, że drzwi, które według wszelkiego prawdopodobieństwa prowadziły do biura Towarzystwa Kraftstudta, stanowiły jednocześnie wejście do „przybytku mędrców”. „Czy Kraftstudt aby nie zaangażował wariatów do wykonywania wszelkiego rodzaju prac matematycznych?” — pomyślałem sobie i uśmiechnąłem się.

Podszedłem do drzwi i nacisnąłem guzik dzwonka. Czekałem długo, chyba z pięć minut. Wreszcie drzwi się otworzyły. Ukazał się w nich młody człowiek o bladej twarzy i zjeżonych gęstych włosach, mrużąc oczy porażone światłem dziennym.



32 из 282