Znieruchomieli, nie mogąc uderzyć toporami. Stali, patrząc po sobie, i drżeli jak uczniaki! Ludzie, którzy palili miasta, rżnęli Galów całymi tysiącami, wypłoszyli z Italii samego Pompejusza, bali się zaatakować las. Cezar był wściekły! Wyrwał topór jednemu z żołnierzy, odepchnął go z drogi i jak nie zacznie walić w największy dąb w okolicy! Wióry tylko śmigały w powietrzu. Stary dąb trzeszczał i jęczał, a Cezar nie spoczął, póki drzewo nie runęło na ziemię. Wtedy wszyscy na wyścigi zaczęli rąbać. Bali się, że Cezar może się rzucić z toporem na nich! – zakończył ze śmiechem.

Skinąłem głową. Mój wierzchowiec był wyraźnie zadowolony, że znalazł się daleko od wąskich kamienistych dolin, i bez trudu wybierał drogę między pniami.

– Ale jeżeli ten las był święty… – zacząłem z powątpiewaniem. – Zdawało mi się, że mówiłeś coś o postanowieniu Cezara, by uszanować święte miejsca Massylczyków.

– Kiedy mu to pasuje! – Żołnierz parsknął z pogardą.

– Czyżby nie bał się świętokradztwa?

– A czy było świętokradztwem wycięcie starego lasu pełnego pająków i próchna? Nie wiem. Może wróżbita nam powie. Co ty na to, Rabidusie?

Wróżbita trzymał się własnego towarzystwa, jadąc w pewnej odległości od nas. Odwrócił zakapturzoną głowę w stronę żołnierza i rzekł wytężonym, ochrypłym szeptem:

– Wiem, po co ten Rzymianin tu przyjechał.

– Co takiego? – spytał odruchowo zaskoczony żołnierz, ale wnet odzyskał kontenans. – No, to mi powiedz! Oszczędzisz nam trudu przy jego torturowaniu. Żartuję, żartuję! No, wróżbito, gadaj, co wiesz.

– On przybył szukać syna.

Ten dziwny głos, wydobywający się gdzieś spod kaptura, zmroził mi krew w żyłach. Poczułem się, jakby w piersiach załopotały mi skrzydełka. Mimowolnie wyszeptałem imię mojego syna: „Meto!”

Wróżbita ściągnął wodze i zawrócił w miejscu.

– Powiedz Rzymianinowi, żeby wracał do domu. Nie ma tu żadnego interesu. W żaden sposób nie może pomóc swemu synowi.



12 из 239