
Skinąłem głową. Mój wierzchowiec był wyraźnie zadowolony, że znalazł się daleko od wąskich kamienistych dolin, i bez trudu wybierał drogę między pniami.
– Ale jeżeli ten las był święty… – zacząłem z powątpiewaniem. – Zdawało mi się, że mówiłeś coś o postanowieniu Cezara, by uszanować święte miejsca Massylczyków.
– Kiedy mu to pasuje! – Żołnierz parsknął z pogardą.
– Czyżby nie bał się świętokradztwa?
– A czy było świętokradztwem wycięcie starego lasu pełnego pająków i próchna? Nie wiem. Może wróżbita nam powie. Co ty na to, Rabidusie?
Wróżbita trzymał się własnego towarzystwa, jadąc w pewnej odległości od nas. Odwrócił zakapturzoną głowę w stronę żołnierza i rzekł wytężonym, ochrypłym szeptem:
– Wiem, po co ten Rzymianin tu przyjechał.
– Co takiego? – spytał odruchowo zaskoczony żołnierz, ale wnet odzyskał kontenans. – No, to mi powiedz! Oszczędzisz nam trudu przy jego torturowaniu. Żartuję, żartuję! No, wróżbito, gadaj, co wiesz.
– On przybył szukać syna.
Ten dziwny głos, wydobywający się gdzieś spod kaptura, zmroził mi krew w żyłach. Poczułem się, jakby w piersiach załopotały mi skrzydełka. Mimowolnie wyszeptałem imię mojego syna: „Meto!”
Wróżbita ściągnął wodze i zawrócił w miejscu.
– Powiedz Rzymianinowi, żeby wracał do domu. Nie ma tu żadnego interesu. W żaden sposób nie może pomóc swemu synowi.
