
To powiedziawszy, ruszył stępa tam, skąd przyjechaliśmy, ku ocalałej resztce lasu. Żołnierz się skrzywił i otrząsnął jak zmokły pies.
– Ależ to dziwak! – powiedział. – Całe szczęście, że sobie poszedł.
Dawus pociągnął mnie za rękaw.
– Teściu, ten facet naprawdę musi być wróżbitą. Skąd by inaczej wiedział, że…
Uciszyłem go gniewnym syknięciem. Przez moment chciałem zawrócić konia i gonić zakapturzoną postać, by się przekonać, co jeszcze wie. Zdawałem sobie jednak sprawę, że dwaj żołnierze mimo swego niewątpliwego poczucia humoru nigdy by mi na to nie pozwolili. Byliśmy, przynajmniej tymczasowo, ich więźniami.
Po chwili znaleźliśmy się na szczycie niewielkiego wzgórza. Żołnierz zatrzymał się i wskazał ręką prosto przed siebie, na odległy grzbiet jaśniejący niezliczonymi ogniskami.
– Widzicie? To nasz obóz. Dalej leży Massilia, przyciśnięta do morza. Prędzej czy później otworzy przed nami bramy, bo tak powiedział Cezar!
Obejrzałem się przez ramię. Za nami morze ściętych pni bielało w promieniach wschodzącego księżyca. Wróżbita rozpłynął się w mroku nocy.
Rozdział II
– Twierdzi, że nazywa się Gordianus i że jest rzymskim obywatelem. Nazywa imperatora Gajuszem Juliuszem, jakby go znał osobiście. Nie chce mówić nic więcej, chyba że samemu Treboniuszowi. Co z nim robić?
Żołnierz z doliny Artemidy przekazał mnie centurionowi, centurion dowódcy kohorty, a ten naradzał się teraz ze swoim bezpośrednim przełożonym. W obozie była pora kolacji. Z mojego miejsca, tuż u wejścia do namiotu oficerskiego, widziałem kolejkę żołnierzy z miskami w rękach, drepczących naprzód w jednostajnym, powolnym tempie. Na słupie ustawionym przy najbliższym skrzyżowaniu ścieżek między rzędami namiotów płonęła pochodnia, oświetlając zmęczone, ale uśmiechnięte twarze ludzi szczęśliwych, że kolejny dzień dobiegł końca.
