
Oficer mierzył nas niechętnym wzrokiem ze swego składanego krzesełka. Nasze pojawienie się przeszkodziło mu w rozpoczęciu kolacji.
– Doprawdy, dowódco, czy to nie mogło zaczekać do rana?
– Ale co mieliśmy z nimi robić do tego czasu? Traktować ich jak honorowych gości czy jak więźniów? A może puścić ich wolno i wyrzucić z obozu? Pewnie, ten starszy wygląda dość nieszkodliwie, ale ten młody, ponoć jego zięć…
– Dowódco kohorty, ty musisz naprawdę być taki głupi, na jakiego wyglądasz, choć wydawało mi się to niemożliwe. Chcesz uzależniać sposób traktowania włóczęgów i intruzów od ich wyglądu? To pierwszorzędny pomysł, jeśli chcesz dostać nożem w plecy od jakiegoś massylskiego szpiega!
– Nie jestem niczyim szpiegiem – wtrąciłem, a mój brzuch zawtórował mi przeciągłym burczeniem.
– Jasne, że nie! – warknął oficer. – Jesteś Rzymianinem i nazywasz się Gordianus… jak twierdzisz. Dlaczego się wałęsałeś przy świątyni Artemidy?
– Zmierzaliśmy do Massilii i zgubiliśmy drogę.
– Dlaczego zjechaliście z gościńca?
– Karczmarz ostrzegł nas, że grasują na nim bandyci. Za jego poradą spróbowaliśmy pojechać na skróty.
– A po co w ogóle jedziecie do Massilii? Macie tam rodzinę czy interesy? A może szukacie kogoś z obozu?
W odpowiedzi opuściłem tylko głowę.
– Tu właśnie się zamyka! – Dowódca kohorty wzniósł ręce w geście rezygnacji. – Na pewno ma coś do ukrycia.
