Zwłaszcza że tylu wokół niej żołnierzy Cezara. Teraz jednak, kiedy słońce zaczynało się chować za zachodnią ścianę doliny, powoli nabierałem podejrzenia, że facet zrobił nam brzydki kawał. Cienie między głazami robiły się coraz głębsze, a korzenie drzew, dziko rozrzucone po skalistym podłożu, zdawały się żyć własnym życiem. Coraz częściej miałem wrażenie, że kątem oka widzę splątane gromady węży wijących się wśród skał. Konie najwyraźniej miały to samo złudzenie, gdyż raz po raz parskały, wierzgały, a nawet usiłowały atakować korzenie kopytami.

Nie wiedząc, jakim sposobem znaleźliśmy się w tej dolinie, tym bardziej nie potrafiłem powiedzieć, jak z niej wyjechać. Próbowałem się zorientować w terenie (i w ten sposób dodać sobie ducha) – słońce zniknęło za urwiskiem po naszej prawej ręce, dolina więc prowadzi nas na południe. Jedziemy w dół strumyka, a zatem, prawdopodobnie, ku morzu. Na południe i w stronę morza, czyli dokładnie według wskazówek karczmarza. Ale gdzie, na Hades, jesteśmy? Gdzie jest Massilia i obozująca pod nią armia Cezara? I jak mamy się wydostać z tego kamiennego jaru? Najwyższe partie wschodniej ściany wąwozu oświetlało teraz zachodzące słońce, barwiąc ich kredową biel krwistą czerwienią. Odbity blask aż mnie oślepiał. Kiedy przymknąłem oczy, cienie wokół nas wydały mi się jeszcze głębsze, a szemrząca po kamieniach woda przybrała czarny kolor. Przez dolinę niosło się tchnienie ciepłego wiatru. Obraz i dźwięki stały się niepewne i nierzeczywiste; w szumie liści słyszałem ludzkie sapanie lub syk węży. Wśród skał zaczęły majaczyć dziwne zjawy: wykrzywione twarze, poskręcane ciała, dziwaczne postacie, które równie szybko się rozpływały. Pomimo ciepłego powiewu poczułem dreszcz. Jadący obok mnie Dawus pogwizdywał melodię, którą poprzedniego wieczoru śpiewał w tawernie wędrowny galijski pieśniarz. Po raz kolejny w ciągu dwudziestu jeden dni naszej podróży z Rzymu zacząłem się zastanawiać, czy mój niewzruszony zięć rzeczywiście nie czuje ani trochę strachu, czy po prostu brak mu wyobraźni.



2 из 239