
Spojrzałem na rozpostartą u mych stóp dolinę. Wśród szaroczarnych cieni można było odróżnić prostą linię nasypu ciągnącą się od miejsca, nad którym staliśmy, do murów Massilii. Na jego bliższym końcu ciemniała masywna sylwetka wieży bojowej.
– Mówiłeś przed chwilą, że nie da się zniszczyć murów tego miasta katapultami i taranami – zauważyłem.
– A mówiłem… – Witruwiusz się uśmiechnął. – Naprawdę nie powinienem już nic powiedzieć.
– Czyżby taran miał tylko odwrócić ich uwagę? – spytałem, unosząc brwi.
Duma z fortelu nie pozwoliła mu zaprzeczyć.
– Jak powiedziałem, cała chwała przypadnie saperom. Od pierwszego dnia oblężenia kopali jak szaleni. Stworzyli cały labirynt tuneli w pobliżu murów. Najdłuższy z nich jest tam. – Wskazał na lewo, mniej więcej w kierunku głównej bramy i leżącego za nią portu. – Według naszych obliczeń kopacze powinni się przebić już jutro. W okamgnieniu będziemy mieli dostęp do wnętrza miasta. Tuż za kopaczami w tunelu czekać będą żołnierze, gotowi wybiec z tej dziury w ziemi jak mrówki z naruszonego mrowiska. Zaatakują główną bramę od środka. Massylczycy skoncentrują siły w innym punkcie, tam gdzie nasza wieża z taranem będzie biła w mur. Atak na bramę od strony miasta zaskoczy ich zupełnie. A gdy nasi ludzie ją otworzą, wówczas sam Treboniusz poprowadzi szturm. Oblężenie się skończy i Massylczykom nie pozostanie nic innego, jak tylko poddać się i błagać o litość.
