
– A Treboniusz im ją okaże?
– Cezar rozkazał zdobyć miasto i utrzymać je do swego powrotu. Sam zamierza podyktować Massylczykom warunki.
– Nie dojdzie zatem do masakry ludności?
– Nie. Chyba że okażą się głupcami i będą walczyć na śmierć i życie. Mało prawdopodobne… oni są z ducha kupcami… ale kto ich tam wie? Albo też gdyby…
– Co takiego?
– Gdyby nasi ludzie stracili panowanie nad sobą…
Po jego nagle przygaszonym humorze domyśliłem się, że już bywał świadkiem podobnych zdarzeń. Meto opowiadał mi o miastach galijskich zburzonych i splądrowanych przez rozszalałych legionistów. Wydawało się niemożliwe, aby to samo przytrafiło się Massilii, od stuleci sprzymierzonej z Rzymem, ale to w końcu jest wojna.
– Rozumiesz chyba teraz, dlaczego nie mogę spać spokojnie, oczekując jutra. – Witruwiusz znów się uśmiechnął.
Skinąłem głową z ponurą miną.
– Myślałem, że spacer i łyk świeżego powietrza mi pomogą – odrzekłem. – Ale czuję, że teraz i ja nie zasnę już do rana.
Jeśli Witruwiusz ma rację, Massilia nazajutrz padnie. Dlaczego więc Treboniusz nalegał na mój wyjazd? Czy wie o Metonie coś, czego ja nie wiem? Chce oszczędzić mi widoku egzekucji syna? A może nie chce, abym odkrył, że już mu przypadł w udziale los jeszcze gorszy od śmierci? Moja przemęczona wyobraźnia znów zaczęła szaleć.
– Wiesz co, Gordianusie? – zagadnął Witruwiusz. – Obok namiotu Treboniusza widziałem kilka składanych krzeseł. Przyniosę je, to będziemy mogli usiąść tutaj razem i czekać na wschód słońca. Powspominamy sobie oblężenie Brundyzjum czy po prostu pogadamy o czymkolwiek. Musisz mieć nowiny z Rzymu. Nie umiem sobie wyobrazić, jak tam teraz jest, kiedy przyjaciel Cezara Marek Antoniusz trzyma ster. Zapewne jedna wielka orgia. Zaczekaj chwilę.
