
Witruwiusz zapoznał mnie z przebiegiem oblężenia. Pierwsza poważna potyczka rozegrała się na morzu. Z portu wysunęła się zadziwiająco mała flota massylska, składająca się z siedemnastu okrętów. Dwanaście jednostek Cezara wypłynęło im na spotkanie zza wysp. Massylczycy obserwowali wydarzenia z murów, Rzymianie ze wzgórza, na którym właśnie siedzieliśmy.
– Ale cóż to była za flota! – powiedział z sarkazmem. – Okręty zbudowane pospiesznie ze świeżego drewna, ciężkie, głęboko zanurzone, obsadzone przez żołnierzy, którzy nigdy przedtem nie żeglowali. Nawet nie starali się manewrować, tylko wpadli między massylskie okręty, złapali je hakami, rzucili się na ich pokłady i walczyli wręcz, jakby cały atak odbywał się na suchym lądzie. Morze zaczerwieniło się od krwi; aż stąd widać było wielkie plamy ostro odcinające się od błękitu wody.
Z dalszej relacji wynikało, że bitwa potoczyła się bardzo źle dla Massylczyków. Dziewięć z ich siedemnastu okrętów zostało zatopionych lub zdobytych, reszta ratowała się ucieczką do portu. Tylko silny wiatr od lądu, z jakiego słynie południowe wybrzeże Galii, powstrzymał flotyllę Cezara od pościgu. Doświadczeni żeglarze massylscy potrafili przedrzeć się do portowej zatoki, manewrując pod wiatr. Niemniej wynik bitwy przesądził o blokadzie Massilii, która teraz była odcięta od świata zarówno od strony lądu, jak i morza. Gdyby Pompejuszowi udało się przysłać oblężonym morskie posiłki, mogłoby dojść do kolejnego starcia flot, Witruwiusz był jednak przekonany, że konflikt znajdzie rozwiązanie na lądzie, nie na wodzie, i raczej wcześniej niż później.
– Jutro – szepnął.
Już tego nie słyszałem, pogrążając się w niespokojnym śnie, otulony kocem, zbyt zmęczony, by mimo zmartwień zachować przytomność choćby jeszcze chwilę.
Rozdział IV
Obudziłem się na godzinę przed wschodem słońca. I noc, i mój sen odchodziły ledwo zauważalnymi etapami, niechętnie ustępując świtowi.
