
Pode mną, w dolinie, widniała przecinająca stratowaną ziemię wielka blizna transzei okalającej miasto. Opisany przez Witruwiusza nasyp wyglądał jak wysoka tama, a nieopodal sterczała na nim wieża oblężnicza. Nie dostrzegłem nigdzie tuneli, o których mówił inżynier, ale po lewej stronie, w rogu, gdzie lądowy odcinek muru zakręcał ostro wzdłuż portu, zobaczyłem potężne baszty, między którymi znajdowała się główna brama Massilii. Gdzieś w tamtej okolicy ludzie Cezara zamierzają się przekopać na drugą stronę. Powoli, ale nieubłaganie dojrzewała we mnie decyzja.
Mam wrażenie, że za młodu zawsze byłem metodyczny i ostrożny, niechętnie podejmowałem działania, które mogły okazać się nieodwracalne. Jakaż w tym ironia losu, że teraz, w latach z trudem zdobytej mądrości, zacząłem kierować się impulsem i podejmować szaleńcze ryzyko. Być może człowiek naprawdę powinien odwrócić się plecami do własnego strachu i zaufać bogom, że zachowają go przy życiu?
– Witruwiuszu… – szepnąłem.
Poruszył się na krześle, zamrugał i odchrząknął.
– Słucham, Gordianusie?
– Gdzie zaczyna się ten tunel? Ten, którym dzisiaj przedrzecie się do miasta?
Znów odchrząknął i ziewnął.
– Tam, po lewej. Widzisz tę kępę dębów w jarze wcinającym się we wzgórze? Oczywiście widać tylko ich wierzchołki. Tam właśnie jest wejście do tunelu, prawie dokładnie naprzeciwko głównej bramy. Saperzy już tam pewnie są, przygotowują sprzęt i ponownie sprawdzają obliczenia. Żołnierze mający wziąć udział w ataku zaczną się zbierać za godzinę.
