
Huk ustał na chwilę, potem zaczęło się od nowa. Część stropu tuż nad moją głową wydawała się szczególnie podatna na drgania; początkowo za każdym uderzeniem tarana piasek sypał się cienkimi strużkami, potem grudkami, i w końcu spadły na mnie spore bryłki ziemi. Mój młody sąsiad od czasu do czasu nie mógł się powstrzymać i łapał mnie za rękę. Powietrze zrobiło się jeszcze bardziej wilgotne, przesycone zapachem ziemi i pleśni oraz gęste od dymu. Nasze knoty wypaliły się do cna, dostaliśmy jednak nowe, przysłane z zewnątrz. Od czoła tunelu przekazywano teraz wiadra z ziemią wykopaną przez saperów.
– A mówili, że nie będziemy musieli brudzić sobie rączek – zażartował mężczyzna stojący za Dawusem, co młodzieniec przede mną skwitował nerwowym śmieszkiem.
Zdawało mi się, że mijają całe godziny. Wreszcie saperzy zaczęli podawać do tyłu swoje narzędzia, a potem sami ruszyli ich śladem. Minęli mnie bez problemu, ale przeciśnięcie się obok Dawusa okazało się nie takie łatwe.
– Co ten wielkolud tutaj robi, na Hades? – burknął jeden z nich.
– To już niedługo, teściu, prawda? – Dawus szepnął mi do ucha.
– Na to wygląda.
Starałem się wziąć w garść i przygotować na to, co mnie czeka po drugiej stronie. Nigdy nie byłem żołnierzem, ale lata temu walczyłem wraz z Metonem w jego pierwszej bitwie. Było to pod Pistorią, gdzie skończył życie Katylina. Zaledwie przed paroma miesiącami byłem świadkiem ostatnich godzin oblężenia Brundyzjum i o mały włos sam tam nie zginąłem. Miałem mgliste pojęcie o czekającym nas niebezpieczeństwie, ale jak każdy żołnierz, wyobrażałem sobie inny scenariusz. Może wszystko pójdzie gładko. Zaskoczymy Massylczyków nie przygotowanych, ich uwaga będzie zwrócona na bijący w mur taran, dokładnie według planu Treboniusza. Nie napotkamy żadnego poważniejszego oporu i otworzymy bramę prawie bez walki.
