
Kiedy zdołaliśmy wreszcie złapać oddech, Dawus wyszeptał:
– Żyjemy… Nie mogę w to uwierzyć!
Ale jak długo jeszcze, pomyślałem, gapiąc się na czarną, mętną wodę pod nami.
– Dawusie, chyba możesz mnie już puścić.
Zwolnił uścisk i ostrożnie zsunąłem się do wody. Dotknąłem stopami dna. Kiedy stanąłem na palcach i wyciągnąłem dobrze szyję, mogłem utrzymać brodę tuż nad powierzchnią. Nasza jama w stropie dawała jedyną ucieczkę przed wodą. Znalazłszy poziom równowagi, potop pozostawił nam tę odizolowaną resztkę powietrza.
Dawus powoli poszedł w moje ślady. Sztuka polegała na tym, by utrzymać płonący jeszcze knot nad wodą. Wsuwając się w wodę, narobił fal, które zalały mi nos. Parsknąłem kilka razy, zamrugałem powiekami, a w chwilę potem Dawus już stał pewnie na dnie, trzymając nasze źródło światła bezpiecznie w górze. Jego hełm dotykał szczytu jamy.
Kiedy minął szok wywołany samą katastrofą, a po nim euforia z powodu jej przeżycia, zacząłem zdawać sobie sprawę, w jakim straszliwym położeniu się znaleźliśmy. Umknęliśmy śmierci w nurcie tylko po to, by stanąć oko w oko z inną, jeszcze okropniejszą. Ludzie, których porwał prąd, przynajmniej zginęli szybko, bez zrozumienia grozy sytuacji. Przekląłem siebie w myślach. Po co tu lazłem? Wiedziałem, że to szaleństwo, od chwili gdy ujrzałem przed sobą wejście do tunelu. Dlaczego pozwoliłem Dawusowi iść ze mną? Uczyniłem swą jedyną córkę wdową. Massilia już pochłonęła życie Metona, a teraz zabierze i nasze.
– Mój knot jest zamoczony od dołu – oznajmił Dawus. – Już się długo nie popali.
To będzie jeszcze straszniejsze: ogarnie nas ostateczna ciemność, zostaniemy żywcem pogrzebani, jak potępiona westalka bez nadziei na ratunek. Zorientowałem się nagle, że ustało dudnienie tarana. Wieść o zalaniu tunelu i fiasku operacji musiała dotrzeć do Treboniusza. Dalsze atakowanie muru straciło sens, wieżę oblężniczą z pewnością teraz odtoczą z powrotem. W świecie nad nami bitwa była skończona.
