
Podczas gdy starzy Massylczycy spierali się między sobą, silne ręce niewolników uniosły mnie z ziemi. Nie byłem w stanie ani im się przeciwstawić, ani pomóc. Ponieśli mnie jak martwego. Zerkając raz po raz, starałem się zorientować w okolicy. Znajdowaliśmy się w narożniku miasta. Wysoko nad nami piętrzyły się mury obronne, jakże inaczej wyglądające tu niż od zewnątrz: ciągnęły się wzdłuż nich platformy dla obrońców połączone licznymi schodami, u ich podnóża zaś zobaczyłem na pół opróżniony rezerwuar, z którego się wynurzyliśmy. Niedaleko od nas dostrzegłem odlaną z brązu bramę otoczoną dwiema wieżami – główny wjazd do miasta. Zaraz za nią mur skręcał pod ostrym kątem; po drugiej stronie musiał znajdować się port, nad murem zobaczyłem bowiem szczyty masztów okrętowych.
Niewolnicy nieśli mnie w stronę lektyki, która stała na pustym, dużym placu sąsiadującym z bramą. Okalające go budynki wyglądały na opuszczone, miały pozamykane okiennice, sklepy na parterach też zamknięte były na głucho. Oprócz tragarzy nie było widać żywej duszy. Rozsunęły się przede mną zielone zasłony, a po chwili spocząłem na miękkich, zielonych poduszkach. Naprzeciwko mnie rozparty wygodnie siedział mój wybawca. Ubrany był w zielony chiton w takim samym odcieniu jak poduszki i zasłony lektyki. Stanowczo za wiele tej zieleni, pomyślałem skonsternowany. Chude nogi nieznajomego wydawały się za długie; musiał zgiąć mocno kolana, żeby zrobić mi miejsce. Był tęgi w pasie, ale twarz miał wychudłą. Okalały ją jasne, nieco przerzedzone włosy. Wąska, zbita w pasemka broda podkreślała ostrość podbródka.
W chwilę potem następna dwójka niewolników przydźwigała Dawusa. Posunąłem się trochę, robiąc dla niego miejsce. Bez sprzeciwu pozwolił się ułożyć obok mnie i rozglądał się dookoła przekrwionymi oczami. Nieznajomego zdawał się bawić nasz widok. Jego cienkie wargi wykrzywiły się w uśmiechu, a i w oczach pojawiły się wesołe ogniki.
– Witajcie w Massilii, kimkolwiek jesteście!
