
– Jesteśmy w domu! – obwieścił Hieronimus.
Złożył swe odnóża i wysunął się z kabiny z leniwą gracją przekarmionego patyczaka.
– Potrzebujecie pomocy przy wysiadaniu? – rzucił do mnie przez ramię.
– Nie… – odparłem, stając na ziemi na drżących nogach.
Dawus wysiadł zaraz za mną i położył mi rękę na ramieniu, aby podtrzymać… mnie czy siebie?
– Nie mam pojęcia, w jaki sposób znaleźliście się w mieście, ale najwyraźniej było to dla was ciężkie przeżycie. – Hieronimus obrzucił nas badawczym spojrzeniem. – Co by wam pomogło? Jedzenie? Wino? Ach, po waszych minach widzę, że to drugie. Chodźcie więc, napijemy się razem. I to nie żadnego miejscowego cienkusza! Będziemy pili to samo, co pija się w Rzymie. Chyba zostało mi jeszcze trochę dobrego falerna.
Dom był zbudowany w stylu rzymskim. Miał niewielki westybul i atrium otwierające się na pozostałą część budynku. Jego właściciel musiał być zamożnym człowiekiem; ściany pokryte były dobrej jakości farbą, a sadzawkę w atrium wyłożono efektowną mozaiką z Neptunem (a raczej, skoro byliśmy w greckim mieście, Posejdonem). Za elegancką jadalnią położoną w samym sercu domu zobaczyłem ogród otoczony perystylem z czerwonymi i niebieskimi kolumnami.
– Usiądziemy w ogrodzie? Nie, raczej na dachu – zasugerował Hieronimus. – Uwielbiam chwalić się widokiem.
Poszliśmy za nim po schodach na taras dachowy. Wysokie drzewa rosnące z trzech stron domu dawały cień i poczucie prywatności, ale od strony morza rozpościerał się niczym nie zakłócony i rzeczywiście wspaniały widok.
