
– Jaka Phoebe?
– Mój pies.
– A, słusznie. Szczenna suka.
– Wiesz co? Gdybyś zamknął się na chwilę, może bym coś wymyśliła.
– Co ty powiesz? Najwyraźniej się z niej nabija.
– Może wpadnie mi coś do głowy.
– To będzie trudne. Albo pomożesz mi dowlec się do samochodu, albo co?
– Właśnie się zastanawiam.
– Zostaw to na później. Najpierw pomóż mi się doczołgać do samochodu.
– A jeśli masz jednak uszkodzony kręgosłup?
– Nic mu nie jest.
– Skąd wiesz? Masz w środku aparat rentgenowski? – Jej bezradność musiała być widoczna, bo teraz on przejął inicjatywę.
– Wierz mi, że nie mam uszkodzonego kręgosłupa – oświadczył, biorąc ją za rękę. – Złamanie zostało unieruchomione, jestem poobijany, ale mam czucie w całym ciele. Zaczynam być senny, pewnie na skutek działania morfiny, więc jeżeli będziesz zwlekać, zasnę na amen, a wtedy takie chuchro jak ty na pewno nie wsadzi mnie do auta.
– Nie jestem chuchrem – obruszyła się, byle coś powiedzieć. Jednocześnie czuła na sobie jego spojrzenie, a na ręku gorący uścisk jego dłoni, i nagle, ni stąd ni zowąd, zdała sobie sprawę z jego fizycznej bliskości.
– Lizzie… – mówił coraz mniej wyraźnie, ale jeszcze mocniej ścisnął jej rękę, a ona tym bardziej uświadomiła sobie jego bliskość. – Tutaj nie możesz nic więcej dla mnie zrobić – dokończył. – To mnie będzie bolało, a nie ciebie.
– Wiem, i właśnie dlatego…
– Do roboty, później sobie pogadamy.
To był koszmar. Lizzie przestawiła swój mały samochodzik tak, by Harry miał blisko do tylnych drzwi, ale i tak każdy jego ruch był okupiony męką. A ona nie mogła mu w tej męce ulżyć. Długo trwało, zanim zdołał usiąść na skraju siedzenia i zaczął się wciągać na rękach w głąb samochodu, podczas gdy ona podtrzymywała jego unieruchomioną nogę. Kiedy wreszcie znalazł się bezpiecznie w środku, był tak blady, jakby miał lada chwila stracić przytomność.
– Trzymaj tylko tego przeklętego psa, żeby na mnie nie wskoczył – burknął, gdy Lizzie przypinała go pasem.
