Kiedy dojechali do miejskiego szpitaliku, twarz Harry’ego była szara z bólu. Lizzy zaparkowała przed drzwiami izby przyjęć i nacisnęła klakson.

– Przestań – zaprotestował Harry. – Jeszcze pomyślą, że przywiozłaś ofiarę wypadku.

– A kim niby jesteś, jeśli nie ofiarą wypadku?

– Nic mi nie jest.

Nie miała siły na sprzeczki.

– Czy dyżurny lekarz jest na miejscu, czy trzeba będzie go wezwać? – zapytała.

– Dyżurny lekarz?

– Tak, dyżurny lekarz. Ja też jestem wykończona.

– Dlaczego nie pojawia się zespół medyczny?

– Tutaj nie ma dyżurnego lekarza ani zespołu medycznego. Jestem tylko ja, chwilowo wyłączony z obiegu – słabym głosem odparł Harry.

– Co powiedziałeś?

– To, co słyszałaś.

– Jak to, w szpitalu nie ma drugiego lekarza?

– Nie. Dlatego potrzebowałem zastępstwa.

– Nikt mnie o tym nie poinformował.

Wreszcie w drzwiach izby przyjęć pojawiła się pielęgniarka. Była to niezwykle atrakcyjna, mniej więcej trzydziestoletnia kobieta o pięknej twarzy i świetnej figurze, o czarnych lśniących włosach zaplecionych w długi warkocz. Wyglądałaby zachwycająco, gdyby na jej twarzy nie malował się wyraz głębokiego zaniepokojenia.

Ale Lizzie ani myślała zaprzątać sobie głowy takimi drobiazgami. Nie dość, że wiozła na tylnym siedzeniu ciężko poszkodowanego człowieka, to jeszcze teraz dowiaduje się, że jest zdana wyłącznie na siebie.

– W agencji powiedzieli wyraźnie, że potrzebujecie zastępstwa, bo jeden z lekarzy bierze ślub. Dali tym samym do zrozumienia, że jest ich kilku.

– W takim razie oszukali cię – odparł Harry słabym głosem, przymykając oczy pod wpływem kolejnej fali bólu.

– Gdybym znała wszystkie okoliczności, nie zgodziłabym się tu przyjechać. Nigdy nie pracowałam sama. To niemożliwe.

– Witamy w Birrini – odburknął Harry. – Ale nie martw się, na pewno sobie poradzisz. Nie masz pojęcia, na co człowiek potrafi się zdobyć, kiedy nie ma wyjścia.



15 из 106