
Lizzie uklękła w błocie i dotknęła jego szyi. Pod palcami wyczuła wyraźny puls. To dobrze. I nie krwawi. To też dobrze. Ale dlaczego się nie rusza?
Chwilowy spokój zaczął ją opuszczać. Była doświadczonym lekarzem, lecz w jej codziennej praktyce ofiary wypadków pojawiały się z reguły na noszach, w dobrze wyposażonej izbie przyjęć. Nie przywykła do pacjentów leżących w błocie w nieznanej głuszy. Z przerażeniem rozejrzała się wokół siebie.
Birrini było małym rybackim miasteczkiem na południowym wybrzeżu Australii. Prowadząca do osady leśna droga należała do najdzikszych i najpiękniejszych w całym kraju. Niestety, o tej porze roku turyści znikali.
Lizzie przypomniała sobie tablicę z napisem, że ze względu na roboty drogowe dopuszcza się tylko ruch lokalny. Droga biegła wzdłuż urwiska spadającego wprost do morza. Wśród spienionych fal widniały tu i ówdzie wyrastające z wody ostre skały, niby wzniesione w niebo, wzywające pomocy dłonie.
Lizzie też błagała w duchu o pomoc, choć powoli uświadamiała sobie, jak bardzo jest osamotniona. Musi zacząć działać. Dobrze przynajmniej, że mężczyzna równo oddycha. Obmacując jego głowę, poczuła pod palcami lekki prąd powietrza. Chwała Bogu! Leciutko zmieniła ułożenie głowy – pacjent mógł mieć przecież uszkodzone kręgi szyjne – tylko na tyle, by błoto nie dostawało się do ust i nosa.
Ale dlaczego się nie rusza? Uderzył się w głowę? Na prawej skroni rzeczywiście widniał potężny krwiak.
Może to tylko chwilowa utrata przytomności?
A poza tym? Usiadłszy na piętach, przyjrzała się uważnie rozciągniętemu na ziemi ciału. O nie!
Lewa noga. Poniżej kolana leżała pod nienaturalnym kątem. Lizzie pochyliła głowę i stwierdziła, że w tym miejscu noga jest złamana. Poszły chyba obie kości – strzałka i kość piszczelowa. Sądząc z jej ułożenia, istnieje poważne niebezpieczeństwo zablokowania dopływu krwi. Drżącymi z przejęcia rękami ściągnęła but, by zobaczyć palce stopy. Faktycznie przybrały złowieszczy, blado-siny odcień.
