
– Aha. To znaczy, że ty stałaś, a ja walnąłem w twój samochód. Pewnie wytoczysz mi proces. – O dziwo, w jego słabym i zbolałym głosie brzmiała nuta rozbawienia.
Ale Lizzie nie była w nastroju do żartów, w każdym razie w tej chwili. Najważniejsze, że mózg ma w porządku i dosyć sił na to, żeby się z nią droczyć. Odetchnęła z ulgą.
– To ja wniosę skargę przeciwko tobie – zaryzykowała. Nadal leżała na ziemi z twarzą przytkniętą do jego twarzy. – Ale jeszcze nie teraz. Najpierw musimy się zastanowić, jak pozbierać cię z tej drogi.
Uspokajającym gestem położyła mu rękę na czole. Wprawdzie mężczyzna mówi przytomnie, ale jest poważnie ranny i po ciężkim szoku. Potrzebuje ciepła i życzliwości. Przy okazji zauważyła, że ma ciemne kręcone włosy, a wystający znad błota kawałek jego twarzy robi miłe wrażenie. Odepchnąwszy od siebie te niepotrzebne myśli, dodała:
– Teraz dam ci środek znieczulający, a potem wezwę karetkę. – Nagle głos odmówił jej posłuszeństwa. Sama zaczynała odczuwać skutki szoku. Musi się opanować.
Niestety, następne słowa mężczyzny ostatecznie wytrąciły ją z równowagi.
– Nic z tego. U nas nie ma pogotowia.
– Jak to, nie ma pogotowia?
– Po prostu nie ma.
– Ale jak… – Dźwignęła się z ziemi i przysiadła na piętach, ale zawodowa rutyna nie pozwoliła jej oderwać ręki od czoła pacjenta. Chory w jego stanie potrzebuje kontaktu. – Dlaczego nie macie pogotowia?
– Bo żyjemy na zapadłej prowincji. Jak myślisz, z jakiego powodu biegałem właśnie tutaj?
– Czy ja wiem, może z głupoty? – Próbowała żartować, by zagłuszyć narastającą panikę. U nich nie ma pogotowia!
– Człowiek musi się czasem od wszystkiego oderwać.
– Widocznie w waszym szpitalu panuje kompletny spokój – mruknęła.
Co za idiotyczna rozmowa! Facet leży w błocie na środku drogi i opowiada jakieś głupstwa!
– W jakim „waszym” szpitalu?
– No, tutejszym. Przecież trzeba cię przewieźć do najbliższego szpitala – rzekła zdenerwowana. – A teraz zamknij się i leż spokojnie, dopóki cię nie zbadam.
