
– Tak jest, szefowo.
Lizzie w milczeniu zabrała się do oględzin, próbując zlokalizować ewentualne obrażenia. Wciąż widziała tylko plecy mężczyzny, ale bała się go przewracać. Po pierwsze, dlatego, że poruszenie nogi sprawiłoby mu nieznośny ból, a po drugie, bo mógł mieć uszkodzony kręgosłup.
– Mogę poruszać palcami rąk i palcami prawej nogi. Palcami lewej nogi wolę nie próbować.
– Wcale ci się nie dziwię. Masz złamane obie kości. Musiałam rozprostować nogę, żeby przywrócić dopływ krwi do stopy.
– Przywrócić dopływ krwi? – Mężczyzna nagle się poruszył, a ona ostrzegawczym gestem dotknęła jego ramienia. – Kim ty właściwie jesteś?
– Nazywam się Lizzie Darling – odparła, nie przerywając badania. Stwierdziła, że żebra raczej nie są uszkodzone.
– Lizzie Darling – powtórzył lekko rozbawionym tonem. Darling jak „kochana”, czy Lizzie Darling, córka państwa Darlingów? A może żona pana Darlinga?
Lizzie od dawna nauczyła się znosić swoje idiotyczne nazwisko. No, może niezupełnie. Gdyby mniej kochała rodziców i babcię, już dawno zmieniłaby je na inne. Ale na drodze sądowej, nie przez małżeństwo.
– Córka Darlingów – odparła rzeczowo.
– Więc to ty przyjechałaś na zastępstwo?
Lizzie odsunęła się, by ogarnąć wzrokiem postać leżącego. Była coraz bardziej przerażona. Ma większe kłopoty na głowie, niż tłumaczyć się ze swego głupiego nazwiska.
– Poszukam czegoś, co mogłoby posłużyć do unieruchomienia złamanej nogi, a potem spróbujemy przewrócić cię na plecy.
– Ale to ty jesteś lekarką, która miała przyjechać na zastępstwo?
– Tak, to ja. – Rozejrzawszy się po bokach drogi, zauważyła leżący nieopodal konar drzewa, który, zapewne spadając ze stoku, rozpadł się na kawałki różnej długości i grubości. Coś się z nich wybierze do zrobienia łubków. Zanim przewróci mężczyznę na plecy, by sprawdzić, czy nie ma innych obrażeń, musi wpierw unieruchomić złamaną nogę.
