
Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat Scorpio stracił pewność w tej materii. Nie chodzi o to, że Clavain stał się bardziej okrutny, kłótliwy czy agresywny, ale coś się w nim przestawiło. Jakby w jednej chwili zmieniło się oświetlenie krajobrazu. Scorpia nie pocieszało zbytnio to, że inni żywili podobne wątpliwości również co do psychicznej stabilności jego samego. Scorpio znał stan swego umysłu i miał nadzieję, że już nigdy nie zrobi krzywdy istocie ludzkiej, jak to bywało w przeszłości. Mógł się jedynie domyślać, co dzieje się w umyśle przyjaciela. Miał tylko pewność, że ten Clavain, którego znał, z którym walczył ramię w ramię, wycofał się w głąb swego prywatnego świata. W pewnym momencie, jeszcze nim Clavain zaszył się na wyspie, Scorpio w ogóle przestał go rozumieć.
Nie winił za to Clavaina, bo któż by go winił?
Scorpio miał wreszcie pewność, że widzi rzeczywistą postać. Po chwili rozróżniał szczegóły: osoba siedziała w kucki, bez ruchu, tuż nad wodą, jakby zatopiona w zadumie, która stanowiła przerywnik w obserwowaniu żyjątek w nadbrzeżnej kałuży.
Rozpoznał Clavaina i od razu poczuł ulgę. Clavain żył i należało to uznać za sukces, bez względu na inne dzisiejsze wydarzenia.
Gdy Scorpio znalazł się w zasięgu krzyku, Clavain wyczuł czyjąś obecność i rozejrzał się. Wiatr targał białe włosy wokół jego różowej twarzy. Broda — zwykle starannie przycięta — była teraz długa i w nieładzie. Chude ciało przyoblekała czarna szata, z ramion zwisała ciemna chusta czy peleryna. Clavain ni to klęczał, ni to stał, zastygły na chwilę w niewygodnej pozycji.
