
Scorpio był pewien, że przyjaciel wpatruje się tak w morze od wielu godzin.
— Nevil! — zawołał.
Ten coś odpowiedział, usta się poruszyły, ale słowa zagłuszył poryw wiatru.
— To ja, Scorpio — powiedział ponownie.
Usta Clavaina znów się poruszyły. Chrapliwy głos miał moc szeptu.
— Mówiłem ci, żebyś tu nie przyjeżdżał.
— Wiem. — Scorpio podszedł bliżej. Białe włosy Clavaina to zakrywały, to odsłaniały głęboko zapadnięte starcze oczy. Wydawało się, że wzrok koncentruje się na jakimś bardzo odległym,
posępnym obiekcie. — Wiem o tym i przez sześć miesięcy szanowaliśmy przecież ten zakaz.
— Sześć miesięcy? — Prawie się uśmiechnął. — Aż tak długo?
— Sześć miesięcy i jeden tydzień, jeśli zależy ci na precyzji.
— Nie zdawałem sobie sprawy. To jakby chwila. — Znów spojrzał w morze. Scorpio widział jego głowę z tyłu. Między pasmami rzadkich białych włosów prześwitywała skóra różowa jak skóra Scorpia.
— Ale czasami wydaje mi się, że trwa to znacznie dłużej. Jakbym nic innego w życiu nie robił, tylko trwonił tu kolejne dni. Czasami mam wrażenie, że na tej planecie nie ma innej żywej duszy.
— Ciągle tu jesteśmy — odparł Scorpio. — Jest nas sto siedemdziesiąt tysięcy. Nadal cię potrzebujemy.
— Prosiłem wyraźnie, żeby mi nie przeszkadzano.
— O ile nie będzie to coś ważnego. Taka była umowa, Nevil. Clavain wyprostował się powoli i z bólem. Zawsze był wyższy od Scorpia, ale teraz, wychudzony, sprawiał wrażenie istoty zarysowanej pośpieszną kreską. Kończyny wyglądały jak pociągnięcia ołówkiem na tle nieba.
Scorpio spojrzał na jego dłonie — dłonie chirurga o delikatnych kościach. Albo może dłonie śledczego. Długie paznokcie zgrzytały o wilgotną czarną tkaninę spodni i Scorpio aż się skrzywił.
— Tak?
— Znaleźliśmy coś — rzekł Scorpio. — Nie wiemy dokładnie, co to jest ani kto to wysłał, ale przypuszczamy, że pochodzi z kosmosu. Podejrzewamy również, że w środku może ktoś być.
