
— Obecnie mamy wyłącznie szerokie spojrzenie.
— Więc według ciebie tam gdzieś istnieją miliony… miliardy ludzi, które zginą? Ludzi, których nigdy nie spotkaliśmy, do których nie zbliżyliśmy się nawet na rok świetlny?
— Taka jest mniej więcej skala.
— Wybacz, ale mój umysł nie pracuje w ten sposób. Nie po trafię przetworzyć tego rodzaju zagrożenia. Nie obejmuję kwestii masowego unicestwienia. Skupiam się na lokalnych problemach. A w tej chwili mam problem lokalny.
— Tak ci się wydaje?
— Sto siedemdziesiąt tysięcy ludzi, o których należy się martwić. Taka liczba mniej więcej mieści mi się w głowie. Więc gdy coś bez ostrzeżenia spada z nieba, to nic mogę spać.
— Ale nie widziałeś na własne oczy, żeby coś spadło z nieba. — Clavain nawet nie czekał na odpowiedź przyjaciela. — Przecież w bezpośrednim otoczeniu planety rozmieściliśmy bierne czujniki wszelkich typów. Jak mogliśmy nie zauważyć kapsuły, nie mówiąc o statku, który ją wysłał?
— Nie wiem — odparł Scorpio. Nie potrafił określić, czy brak ło mu argumentów, czy też starał się zająć Clavaina rozmową o czymś konkretnym, nie dotyczącym zagubionych dusz i koszmaru masowego wymierania. — To musiało spaść niedawno. Różni się od innych obiektów, które wyciągnęliśmy z oceanu. Tamte były częściowo rozpuszczone, nawet gdy leżały na samym dnie, gdzie organizmów jest znacznie mniej. A ten sprawia wrażenie, jakby był w wodzie najwyżej kilka dni.
Clavain odwrócił się tyłem do morza. Scorpio uznał to za dobry znak. Stary Hybrydowiec stawiał sztywne, oszczędne kroki, z wprawą poruszał się między kałużami i przeszkodami, choć nie patrzył pod nogi.
Wracali do namiotu.
— Często obserwuję niebo — oznajmił Clavain. — Nocą, gdy jest bezchmurne. Ostatnio zauważyłem tam różne rzeczy. Błyski. Znaki, że coś się rusza. Coś większego, jakby na chwilę rozsunęła się zasłona. Według ciebie zaczynam wariować, tak?
