
Scorpio nie wiedział, co o tym myśleć.
— Każdy widziałby różne rzeczy, gdyby żył tu samotnie.
— Ale ostatnia noc była bezchmurna — stwierdził Clavain — i poprzednia też. A ja obserwowałem niebo i niczego nie zauważyłem. Żadnego znaku, że jakiś statek okrąża planetę.
— My też niczego nie zauważyliśmy.
— Przekazy radiowe? Strumienie laserowe?
— Zupełnie nic. Masz rację, to się nie klei. Ale jakby nie patrzeć, kapsuła istnieje i nie znika. Chciałbym, żebyś sam ją zobaczył.
Clavain odsunął włosy z oczu. Jego twarz była niesamowitym krajobrazem poddanym erozji, bruzdy i zmarszczki na skórze — cienistymi rozpadlinami i wąwozami. Scorpio zauważył, że w czasie półrocznego pobytu na wyspie przyjaciel postarzał się o dziesięć — dwadzieścia lat.
— Mówiłeś, że jakoby w środku ktoś jest.
Pokrywa chmur zaczęła się rozpraszać, tworzyła pasy. Między pasami niebo było niesamowicie blade jak oczy młodej kawki.
— To ciągle tajemnica — powiedział Scorpio. — Tylko kilka osób wie o znalezisku. Dlatego przypłynąłem tu łodzią. Łatwiej byłoby wahadłowcem, ale to rzucałoby się w oczy. Kiedy ludzie się do wiedzą, że cię z powrotem ściągnęliśmy, pomyślą, że nadchodzi kryzys. Przecież wiadomo, że nie tak łatwo cię sprowadzić. Ciągle myślą, że jesteś po drugiej stronie planety.
— To ty nalegałeś, żeby podać to kłamstwo?
— A według ciebie jaka wersja bardziej by ich uspokoiła? Że wyruszyłeś na niebezpieczną wyprawę? Albo że zamieszkałeś na wyspie i myślisz o samobójstwie?
— Przeszli przez gorsze rzeczy. Przełknęliby i to.
— Ponieważ tyle przeszli, pomyślałem, że prawda nie jest im potrzebna — stwierdził Scorpio.
— A tak w ogóle to nie ma mowy o samobójstwie. — Clavain przystanął, odwrócił się i spojrzał w morze. — Wiem, że ona tam jest, ze swoją matką. Czuję to. Nie pytaj mnie, Scorpio, jak to wyczuwam, ale wiem, że ona tam ciągle jest.
