Zauważyłam, że w ciągu dziewięciu tygodni, które minęły od zaginięcia doktora, ton zamieszczanych w prasie artykułów uległ znacznej zmianie. Pierwsze trzy doby upłynęły w nastroju całkowitego zdumienia i zaskoczenia, po nich przyszły dni gorączkowych spekulacji, by w końcu ustąpić miejsca chłodnym doniesieniom z prowadzonego nadal śledztwa. W jego trakcie nie wypłynęło nic nowego, ale prawdę mówiąc, od samego początku prasa nie mogła liczyć na żadne rewelacje. Nic dziwnego, że zainteresowanie sprawą zaczęło słabnąć, a temperatura doniesień prasowych przypominała już tylko chłód listopadowego dnia. Niestety, taką już mamy naturę. Zagadki i tajemnice zdolne są przykuć naszą uwagę tylko na krótki czas, po czym muszą pogodzić się z faktem, że zdążyliśmy już sobie znaleźć zupełnie inny obiekt zainteresowań. Doktor Purcell zaginął w piątek 12 września, a długie artykuły relacjonujące to wydarzenie zamieniły się w pisane obojętnym tonem krótkie notatki zamieszczane gdzieś na obrzeżach stron. Nie brakowało w nich nowych szczegółów, ale musiały ustąpić miejsca innym, znacznie ciekawszym doniesieniom.

Sześćdziesięciodziewięcioletni doktor Purcell od 1944 roku praktykował w Santa Teresa jako lekarz rodzinny, a przez ostatnie piętnaście lat specjalizował się w geriatrii. W 1981 roku przeszedł na emeryturę. Sześć miesięcy później powierzono mu stanowisko administratora domu opieki Pacific Meadows, należącego do dwójki biznesmenów. W feralny piątkowy wieczór został w biurze do późna, by przejrzeć papiery związane z zarządzaniem powierzoną mu instytucją. Zgodnie z relacją świadków tuż przed dziewiątą wieczór zatrzymał się na chwilę w recepcji i pożegnał z dyżurującymi tam pielęgniarkami. O tej porze wszyscy pensjonariusze udali się już na spoczynek. Korytarze były puste, a drzwi do pokoi pacjentów zamknięto, by nie przeszkadzało im wpadające z holu światło. Doktor Purcell zatrzymał się na chwilę, by porozmawiać ze starszą pacjentką na wózku, która siedziała jeszcze w korytarzu.



4 из 335