
Zadzwoniłam raz jeszcze. Fiona Purcell powiedziała mi przez telefon, że wyjeżdża z miasta. Wybierała się na pięć dni do San Francisco, by kupić tam meble i antyki dla klienta swojej firmy zajmującej się dekoracją wnętrz. Zgodnie z zamieszczonymi w prasie doniesieniami Fiona i doktor Purcell byli od lat rozwiedzeni. Zastanawiałam się, dlaczego zadzwoniła do mnie właśnie była, a nie obecna żona lekarza, Crystal.
Za szybą w drzwiach wejściowych pojawiła się twarz. Kiedy Fiona otworzyła drzwi, zauważyłam, że jest już ubrana do podróży. Miała na sobie dwurzędowy kostium w prążki z szerokimi klapami. Wyciągnęła rękę.
– Pani Millhone? Jestem Fiona Purcell. Przepraszam, że kazałam pani czekać, ale byłam na tyłach domu. Zapraszam do środka.
– Dziękuję. Jeśli ma pani ochotę, proszę mówić mi po imieniu, Kinsey. Miło mi panią poznać – odparłam.
Uścisnęłyśmy sobie dłonie i weszłam do holu. Uścisk Fiony był bardzo słaby, co zawsze zaskakuje u osoby, która sprawia wrażenie bardzo energicznej i zdecydowanej. Na pierwszy rzut oka uznałam, że musi być dobrze po sześćdziesiątce. Ufarbowane na ciemny brąz włosy zaczesywała na bok, a misternie skręcone loki przytrzymywały wysadzane kryształami górskimi grzebienie. Podobne fryzury uwielbiały gwiazdy filmowe w latach czterdziestych. Można się było spodziewać, że gdzieś w tle pojawi się zaraz John Agar lub Fred MacMurray w roli biedaczyny, który stał się ofiarą lisicy w marynarce o mocno wywatowanych ramionach.
