
– Możemy porozmawiać w salonie – powiedziała Fiona. – Mam nadzieję, że wybaczy pani ten bałagan.
W holu stały rusztowania, sięgające wysoko sklepionego sufitu. Schody i szeroki korytarz prowadzący na tyły domu chroniły wielkie płaty płótna. Przy schodach stał niski stolik i surowa w formie chromowana lampa. Wyglądało na to, że jesteśmy w domu same.
– Leci pani o dziesiątej? – spytałam.
– Proszę się tym nie przejmować. Na lotnisko jedzie się stąd tylko osiem minut, więc mamy co najmniej godzinę. Kawy? Właśnie zaparzyłam.
– Nie, dziękuję. Wypiłam już dwie i na jeden dzień wystarczy.
Fiona skręciła w prawo, ruszyłam więc za nią przez wielką połać betonu.
– Kiedy położą podłogę? – spytałam.
– To już jest podłoga.
– Aha – rzuciłam i postanowiłam nie pytać więcej o sprawy, o których nie mam bladego pojęcia.
Wnętrze domu pachniało wilgotnym gipsem i świeżą farbą. Wszystkie ściany lśniły bielą, a wysokie, strzeliste okna pozbawione były firanek i zasłon. Spojrzałam ukradkiem za siebie i dostrzegłam w głębi duży pokój, najprawdopodobniej jadalnię, jeszcze bez mebli, podzieloną plamami wpadającego do środka światła poranka.
W salonie Fiona wskazała gestem jeden z dwóch ogromnych, miękkich foteli, wyściełanych materiałem o neutralnym kolorze, który zlewał się w jedno z szarą betonową podłogą. Dużą część podłogi pokrywał szary dywan w czarne geometryczne wzory. Usiadłam jednocześnie z Fioną i patrzyłam, jak obrzuca otoczenie bacznym spojrzeniem estetki. Meble w salonie były niezwykłe: lekkie drewno, stal, surowe geometryczne kształty. Nad kominkiem wisiało olbrzymie okrągłe lustro w chromowanej oprawie. Na szklanym stoliku do kawy na srebrnej tacy stał wysoki dzbanek ze srebra i kości słoniowej, a obok niego dzbanuszek do kawy i cukiernica. Fiona napełniła swoją filiżankę.
– Lubi pani art deco?
– Niewiele wiem na ten temat.
