
Roześmiałam się. Picasso był bardzo inteligentny, zabawny.
– „Moby Dick”, hmmm, książka na lato czy kac moralny, bo nie zaliczyłeś w szkole lektury obowiązkowej?
– I to, i to – przyznał. – Przez całe życie zawsze coś figuruje na pierwszym miejscu listy niezałatwionych rzeczy. Książka dosłownie wlepia w ciebie gały i przygaduje: „Nie odejdę, dopóki mnie nie przeczytasz”.
Przegadaliśmy ponad godzinę, czas upłynął niepostrzeżenie. Nagle zorientowałam się, że zmrok dawno zapadł.
– Muszę wracać – powiedziałam. Rano wcześnie zaczynam.
– Ja też – odparł z uśmiechem. – Moja obecna szefowa przypomina w każdym calu poganiacza niewolników.
Roześmiałam się.
– Podobno.
Wstałam i odruchowo wyciągnęłam do niego rękę.
– Picasso – powiedziałam. – Nawet nie wiem, jak się nazywasz.
– Harrison – przedstawił się. – Matthew Harrison.
Twój ojciec.
KIEDY następnym razem zobaczyłam Matta Harrisona, siedział na moim dachu i jak szalony przybijał dachówki. Minęło kilka dni od naszego spotkania w „Hamburgerach Harry`ego”.
– Ej, Picasso! – zawołałam, teraz bardziej odprężona i wręcz uradowana na jego widok. – Napiłbyś się czegoś zimnego?
– Już schodzę. Chętnie.
Pięć minut później rzeczywiście stał na ganku, ogorzały jak polerowany miedziak.
– Jak tam na górze? – spytałam.
Roześmiał się.
– Świetnie, chociaż gorąco. Możesz nie wierzyć, ale prawie skończyłem dach.
Niech go piorun trzaśnie! A ja właśnie zaczęłam doceniać jego obecność.
– A jak tam na dole? – spytał Matt, opadając w dżinsowych szortach i rozchełstanej dżinsowej koszuli wprost na bujany fotel. Fotel odchylił się pod jego ciężarem i uderzył w kratkę.
– No, nieźle – pochwaliłam. – Dobrze, że dziś obyło się bez tragicznych nagłówków z linii frontu.
I wtedy kratka za plecami Matta załamała się i jej górna część runęła na nas. Zerwaliśmy się, zaczęliśmy oboje wciskać białą drewniana kratę na miejsce. Płatki róż i powoju obsypały nam głowy.
