
Roześmiałam się na widok swojego majstra. Wyglądał jak nieco dziwaczny pan młody. Nie pozostał mi dłużny.
– A ty sama nie wyglądasz jak Carmen Miranda?
Wziął młotek, gwoździe i umocował kratkę. Musiałam ja tylko przytrzymać.
Poczułam muśnięcie jego muskularnego uda, a przy wbijaniu ostatniego gwoździa niemal przywarł piersią do moich pleców i aż mnie ciarki przeszły. Co to ma znaczyć?
Nasze oczy się spotkały, błysnęło w nich coś w rodzaju głębokiego porozumienia. Cokolwiek to było, przypadło mi do gustu.
Niewiele myśląc, spytałam, czy nie zostałby na kolacji.
– Nie mam wprawdzie nic szczególnego. Wrzuciłabym po prostu befsztyki i kukurydzę na ruszt.
Zawahał się, i wtedy pomyślałam, że przecież może kogoś mieć. W końcu taki przystojny facet. Cała moja niepewność znikła, kiedy powiedział:
– Wiesz, Suzanne, tak się nieświeżo czuję. Mógłbym wziąć prysznic? Chętnie zostanę na kolacji.
No więc, Matt poszedł do łazienki, a ja do przygotowywania kolacji. I wtedy uprzytomniłam sobie, że nie mam ani befsztyków, ani kukurydzy. Na szczęście nigdy się nie dowiedział, że pobiegłam do sąsiadki po jedzenie. I że Melanie dołożyła mi jeszcze wino, świece, a nawet połowę wiśniowego placka. Dodała, że uwielbia Matta, podobnie zresztą jak wszyscy, toteż życzy mi jak najlepiej.
Po kolacji długo siedzieliśmy na ganku zagadani. Czas znów nam zleciał niepostrzeżenie. Kiedy spojrzałam na zegarek, dochodziła jedenasta. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
– Jutro mam szpital! – wykrzyknęłam. – Od rana obchód.
– Chciałbym ci się zrewanżować, Suzanne – rzekł Matt. – Czy mógłbym cię zaprosić jutro na kolację?
Nie mogłam oderwać wzroku od jego oczu. Były takie przejrzyście piwne.
– Jak najbardziej. Nie mogę się doczekać! – wyrwało mi się.
Roześmiał się.
