
— Możesz być wielką czarownicą. Możesz zostać, kim tylko zechcesz. Czym tylko zechcesz. Wejdź do kręgu. Pokażę ci.
Dziewczyna robi pół kroku w stronę głazów, się ale waha. W tej kobiecie jest coś dziwnego. Uśmiech ma miły i przyjazny, ale głos… zbyt rozpaczliwy, zbyt naglący, zbyt zachłanny.
— Ja i tak dużo się uczę.
— Przejdź do środka. Już! Dziewczyna wciąż się waha.
— Skąd mogę wiedzieć…
— Czas kręgu dobiega końca! Pomyśl, czego możesz się nauczyć! Już!
— Ale…
— Przejdź!
To było wiele lat temu, w przeszłości
* * *
Kraina lodu…
Nie zima, ponieważ zima sugeruje jesień, a może nawet jeden dzień wiosny. To jest kraina lodu, a nie po prostu czas lodu. I trzy postacie na koniach spoglądające nad pokrytym śniegiem zboczem ku kręgowi ośmiu głazów. Z tej strony wydają się o wiele większe.
Trzeba przyglądać się jeźdźcom przez dłuższą chwilę, by zrozumieć, co takiego jest w nich niezwykłego — to znaczy bardziej niezwykłego niż ich ubrania. Gorący oddech wierzchowców wisi w lodowatym powietrzu obłokami pary. Ale oddechy jeźdźców nie.
— Teraz nie będzie porażki — mówi postać w środku, kobieta w czerwonej sukni. — Po takim czasie kraina powita nas z radością. Musi już nienawidzić ludzi.
— Ale tam były czarownice — wtrąca jeden z jej towarzyszy. — Pamiętam czarownice.
— Kiedyś tak — zgadza się kobieta. — Ale teraz… biedactwa, prawdziwe biedactwa. Prawie nie mają już mocy. I ulegają sugestiom. Podatne umysły. Zakradałam się nocami. Wiem, jakie dzisiaj mają czarownice. Zostawcie je mnie.
Królowa uśmiecha się życzliwie w stronę kamiennego kręgu.
— A potem możecie je sobie wziąć — mówi. — Co do mnie, mam ochotę na śmiertelnego małżonka. Na jakiegoś wyjątkowego śmiertelnika. Unia światów… To im pokaże, że tym razem zamierzamy tam zostać.
— Królowi się to nie spodoba.
